Reklama

Polityka

Jarosław Gowin odchodzi z Platformy Obywatelskiej

Jarosław Gowin ogłosił na specjalnie zorganizowanej konfernecji, że odchodzi z Platformy Obywtelskiej. W poniższym filmie wyjaśnia swoją decyzję i mówi o planach na przyszłość.

Reklama



Poniżej przypominamy nasz wywiad z Jarosławem Gowinem opublikowany w 24 numerze Tygodnika Katolickiego "Niedziela".

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: - Polska wydaje się dziś tonąć w światopoglądowych kłótniach i przepychankach, które z góry wykluczają jakąkolwiek merytoryczną debatę. Czy, zdaniem Pana Ministra, w takiej atmosferze w najbliższym czasie możliwe będzie przeprowadzenie - wbrew silnym lewicowo-liberalnym naciskom - dobrej ustawy bioetycznej, czy będzie można sensownie ratyfikować konwencję bioetyczną?

JAROSŁAW GOWIN: - Konwencja bioetyczna jest dokumentem pożytecznym; gdybyśmy ją ratyfikowali, niemożliwy byłby handel zarodkami. Natomiast trzeba by do niej dodać pewne nasze zastrzeżenia, żeby nie otwarła furtki do liberalizacji ustawy antyaborcyjnej. Przygotowałem projekt takiego zabezpieczenia i mam nadzieję, że mój następca, polityk o poglądach bardzo zbliżonych do moich, Marek Biernacki, podtrzyma tę propozycję. A czy mamy szansę na dobre ustawy bioetyczne? Bardzo dużo zależy od presji społecznej. Trzeba w Polsce budować chrześcijańskie społeczeństwo obywatelskie.

- Jak?!

- Chrześcijanie w Polsce powinni się uczyć od chrześcijan z innych krajów, np. od chrześcijan amerykańskich, w jaki sposób się samoorganizować, jak prowadzić kampanie przekonywania innych oraz kampanie presji na polityków, aby tworzone prawo było zgodne z poglądami moralnymi większości Polaków. Ja uważam, że w Polsce ta moralna większość zbyt często milczy. Mam mimo to nadzieję, że uda się ją wcześniej czy później zmobilizować do aktywnego zaangażowania na rzecz własnych przekonań.

- Jak Pan widzi rolę Kościoła w tej mobilizacji polskich chrześcijan do samoorganizowania się?

- Kościół nie jest od tego, żeby wprost popierać polityków lub partie polityczne, ale powinien - i robi to od 2000 lat - formować sumienia ludzi wierzących oraz wszystkich ludzi dobrej woli, nawet jeżeli są niewierzący. W sprawach moralnych, bioetycznych wydaje się, że potrzeba, by głos Kościoła zabrzmiał jeszcze mocniej. Ale najważniejsze jest długofalowe formowanie elit chrześcijańskich zgodnie z programem Ojca Świętego Jana Pawła II, który wzywał chrześcijan do wchodzenia na areopagi współczesnego świata - czyli do mediów, gospodarki, kultury, a także do polityki.

- To wchodzenie na areopagi współczesnej Polski wymaga sporej determinacji i odwagi, zwłaszcza gdy chodzi o politykę...

- To prawda. Trzeba tę odwagę budować, wspierać. Dlatego warto by zadać sobie pytanie, dlaczego tak słaby wpływ na polską rzeczywistość mają organizacje laikatu katolickiego, np. Akcja Katolicka, która potencjalnie mogłaby być bardzo wpływową organizacją, a niestety, znajduje się gdzieś na obrzeżach... A ja sam, jako chrześcijański polityk, oczekiwałbym większego wsparcia i rady ze strony Episkopatu, w jaką stronę ukierunkowywać politykę, jeśli chodzi o gospodarkę, o reformę państwa...

- W takich sytuacjach zawsze podnosi się wrzawa lewicy, że Kościół wtrąca się do polityki.

- To nie jest tak, że Kościół ma się wypowiadać tylko na tematy religijne albo wąsko pojęte tematy etyczne. Stan państwa, stan gospodarki ma przecież bezpośredni wpływ na kondycję polskiej rodziny. Bezrobocie jest źródłem wielu patologii i ludzkich tragedii. W takich sprawach głos Kościoła jest bezwzględnie nam, ludziom świeckim, potrzebny.

- Naprawdę go brakuje?

- Wydaje mi się, że w polskim Kościele brakuje pogłębionej refleksji nad nauczaniem społecznym Jana Pawła II. Encyklika „Centesimus annus” jest, moim zdaniem, najlepszym drogowskazem dla większości polskich polityków, wyłączając oczywiście lewicowych. Politycy PiS, większość polityków PO, Solidarnej Polski, PJN powinni znacznie więcej czerpać z ducha zasad sformułowanych przez Jana Pawła II w tej encyklice.

- Dlaczego tak się nie dzieje? Wszyscy trochę zapomnieliśmy o nauce Jana Pawła II...

- Tutaj trzeba się uderzyć we własne piersi - mówię to również o sobie - każdy z nas musi sobie zadać pytanie: Co ja zrobiłem, żeby dzisiejsza Polska mogła być dla Jana Pawła II, który patrzy na nas z góry, źródłem jego dumy?

- Co Pan zrobił, a czego Pan nie zrobił?

- Dobre pytanie. Mogę powiedzieć, że starałem się zrobić dużo, choć wiele się też nie udało. Jak do tej pory udało mi się skutecznie blokować legalizację homoseksualnych paramałżeństw. Udało się doprowadzić do otwartej dyskusji nad etycznością in vitro (chodzi głównie o mrożenie i zabijanie powstających w tym procesie nadliczbowych zarodków). Jako minister sprawiedliwości zacząłem reformę polskich sądów, przygotowałem nową ustawę o prokuraturze oraz bardzo ważną ustawę dotyczącą przymusowego leczenia seryjnych zabójców i pedofilów. W roku 2014 zacznie wychodzić z więzień duża grupa ludzi, którzy w czasach PRL-u byli skazani na karę śmierci, a potem zmieniono ją, niestety, nie na dożywocie, lecz na karę 25 lat więzienia.

- Nie ufa Pan, tak po chrześcijańsku, że ci ludzie się zmienili, że zostali skutecznie zresocjalizowani?

- Przykro mi, ale nie. Jako minister odwiedziłem zakłady karne, w których są osadzeni, i wszędzie słyszałem od ich psychoterapeutów, od dyrektorów więzień: Panie ministrze, on wyjdzie i zabije pierwsze napotkane dziecko! Dlatego bardzo na to liczę, iż niezależnie od tego, że już nie jestem ministrem, to rząd, a potem parlament przyjmie tę ustawę.

- Zaostrzanie prawa nie mieści się dziś w duchu nowoczesnej Europy, Panie Ministrze...

-... ale Europa to także my. Ja jestem bardzo dumny z tego, że jestem Polakiem, i z tego, że jestem Europejczykiem, jednak nie tylko ja odnoszę wrażenie, że Europa pogrąża się w kryzysie, że znajduje się w stanie moralnego rozkładu.

- Jan Paweł II miał nadzieję, że Polska stanie się znakiem opamiętania, że budując od nowa swe państwo, damy Europie krzepiący przykład. A my „dajemy plamę”?

- A ja wierzę, że jesteśmy w stanie dać ten krzepiący przykład, tylko trzeba się wreszcie zmobilizować do tego, żeby uchwalić dobrą ustawę bioetyczną czy żeby zablokować to szaleństwo, jakim jest rozprzestrzenianie się po Europie ideologii genderowskiej i gejowskiej, skutkującej przyznaniem homoseksualistom np. prawa do adopcji dzieci. Uważam, że to jest bardzo niebezpieczny eksperyment na ludzkiej naturze i Polska powinna być tym krajem, który w Europie postawi tamę tego typu praktykom.

- Odchodząc z rządu, powiedział Pan, że to, co robił Pan w Ministerstwie Sprawiedliwości, wymagało odwagi. Dlaczego?

- Przykładem takiej odwagi była podjęta przeze mnie decyzja o reorganizacji sądów. Nie jest tajemnicą, że Polska jest w UE na drugim miejscu, jeżeli chodzi o liczbę sędziów i nakłady na sądownictwo, a pod względem orzekania też jesteśmy na miejscu drugim, tyle że... od końca. Dwudziestu moich poprzedników starało się zmienić ten stan rzeczy, ale żadnemu się nie udało.

- I Panu też ostatecznie się nie udało.

- Tak, niestety, ta reorganizacja została zakwestionowana nie tylko przez PSL, ale przez wszystkie partie opozycyjne. Bardzo jestem rozczarowany tym, że ten tzw. obywatelski projekt, odwracający moją reformę, poparły PiS i Solidarna Polska. Politycy obu tych partii doskonale wiedzą, jak dziś wygląda sytuacja w wielu miejscach w Polsce. A w dodatku przecież to, co chciałem zrobić, było zgodne z programem PiS i Solidarnej Polski. Uważam, że w tej sprawie politycy przyczynili się do niszczenia Polski.

- Jednak lokalne środowiska bardzo źle przyjęły likwidację swoich małych sądów. PSL w tej sprawie zdecydowanie wyłamało się z rządowej koalicji, ogłaszając Pana reformę sprzeczną z prawem europejskim, z zasadą zrównoważonego rozwoju i ograniczającą prawa obywatela do sądu...

- A ja postawiłem tylko pytanie: Jak sądy mają dobrze funkcjonować, jeśli na 7 tys. sędziów rejonowych do końca roku 2012 aż 3200, czyli 45 proc., to byli sędziowie funkcyjni - prezesi, wiceprezesi, przewodniczący wydziałów? Zmiany, które zaproponowałem, nie wiązały się z likwidacją jakiegokolwiek sądu i nie zlikwidowałem przecież żadnego sądu! Reforma sądownictwa miała polegać na przekształceniu małych sądów w wydziały zamiejscowe większych. Po to właśnie, żeby ograniczyć liczbę prezesów, oraz po to, żeby sędziowie orzekali już nie w jednym sądzie, jak do tej pory, ale w dwóch albo w trzech. Dzięki temu czas oczekiwania Polaków na decyzje sądów byłby krótszy.

- Dlaczego to tłumaczenie nie dotarło do zainteresowanych obywateli, a przede wszystkim do polityków deklarujących troskę o dobro wspólnot lokalnych?

- Proszę mi wierzyć, że powtarzałem je 10 tysięcy razy, ale przeciwko mnie była zmasowana propaganda medialna, która straszyła mieszkańców powiatów, że chcę im zlikwidować sądy. Nie udało mi się, niestety, przekonać Polaków, że nie likwiduję sądów, lecz stołki prezesów. Odrzucenie tej reformy może być przykładem tego, jak politycy świadomie niszczą państwo, niszczą Polskę, bo przecież wszyscy w Sejmie zdają sobie sprawę z tego, że sądy w Polsce muszą być głęboko zmienione. Ja dopiero rozpocząłem ten proces zmian.

- Można powiedzieć, że zaczął Pan rewolucję w sądownictwie i sam stał się jej ofiarą. Ledwie zaczął...?

- Tak. Bardzo dużo zmian jeszcze potrzeba. Mnie udało się bardzo przyspieszyć to, co rozpoczął min. Kwiatkowski, czyli informatyzację sądów. Dzięki temu jest dużo lepszy obieg informacji i lepsza kontrola ze strony obywateli. Rozprawy w sądach apelacyjnych i okręgowych są już nagrywane, a nagranie jest formą kontroli pracy sędziego.

- Publicznie przyznając, że „niezależność sędziów i prokuratorów jest rozciągnięta do granic patologii”, próbował Pan uzdrawiać wymiar sprawiedliwości, jednak bez większego powodzenia. Co najbardziej stało na przeszkodzie? Brak woli politycznej czy siła oporu środowisk prawniczych?

- Mnie samemu woli politycznej i determinacji nie brakowało. Jednak trudne do przełamania okazało się to, że właśnie tam, gdzie pojawiają się nieprawidłowości, panuje raczej tendencja do zamiatania problemów pod dywan, a nie do samooczyszczania się środowiska. Dlatego przygotowałem projekt zaostrzenia sądownictwa dyscyplinarnego w odniesieniu do sędziów i prokuratorów. Sądownictwo dyscyplinarne, zwłaszcza prokuratorskie, od wielu już lat było praktycznie fikcją. Nawet za poważne uchybienia sądy dyscyplinarne nie wyciągały żadnych konsekwencji wobec prokuratorów. W przypadku sądów dyscyplinarnych sędziowskich sytuacja w ostatnich latach trochę się poprawiła, ale jeszcze daleko do ideału.

- Najsurowsi krytycy wymiaru sprawiedliwości twierdzą, że dziś w Polsce spełnia się koszmar przewidywany przez Monteskiusza o najgorszym rodzaju tyranii - o „strasznej władzy sądzenia oddanej w ręce jednej korporacji”... Przesadzają?

- Jest coś na rzeczy. I sędziowie, i prokuratorzy mają skłonność do zamykania się w wieży z kości słoniowej. To jest bardzo niebezpieczne zjawisko. Wszelkie moje próby, aby zwiększyć kontrolę obywateli - nie polityków, lecz obywateli - nad wymiarem sprawiedliwości, odbierane były przez część sędziów i część prokuratorów jako zamach na ich niezawisłość.

- A Pan tymi swoimi pomysłami rodem z IV RP naruszył pewne układy...

- Przykro mi bardzo, ale dziś chociażby film „Układ zamknięty” pokazuje, że prokuratura była wykorzystywana do niszczenia wielu uczciwych przedsiębiorców. Dlatego niezbędna jest kontrola obywateli nad działaniami sądów i prokuratury. Mówiąc to, nie chcę nikogo krzywdzić i powtarzam, że większość sędziów i prokuratorów to ludzie uczciwi, ale w wielu miejscach w Polsce istnieją zbyt ścisłe związki między lokalnymi elitami samorządowymi, sędziowskimi, prokuratorskimi, biznesowymi. Starałem się te układy, również przez reorganizację sądów, poprzecinać. I to także - oprócz światopoglądowego nieprzejednania - było powodem ataków na mnie.

- Czy, Pana zdaniem, zaistniało w Polsce zjawisko upolitycznienia wymiaru sprawiedliwości? Czy można mówić o naciskach politycznych na sędziów i prokuratorów?

- Raczej o lokalnych powiązaniach politycznych, natomiast ja sam nie stwierdziłem nigdy przypadku - a mówię to uczciwie - żeby politycy szczebla centralnego naciskali na sądy czy prokuraturę. Jeżeli już, to istnieje problem odwrotny, ujawniony przez słynną rozmowę prezesa sądu gdańskiego, sędziego Milewskiego, z rzekomym asystentem ministra Arabskiego w sprawie afery Amber Gold. Ta rozmowa odsłoniła ogromne pokłady serwilizmu. Mimo wszystko mam nadzieję, że jego postawa jest odosobniona, ale pewności nie mam.

- W publicznej debacie nad aferą Amber Gold wielkie oburzenie wywołały Pana słowa o duchu i literze prawa...

-.... że mam w nosie literę prawa. I dzisiaj mogę otwarcie powtórzyć, że mam w nosie literę prawa wtedy, gdy ona jest wewnętrznie sprzeczna - a niestety, wiele przepisów w Polsce jest wewnętrznie sprzecznych - oraz wtedy, gdy ta litera jest sprzeczna z duchem prawa, czyli z tymi wartościami moralnymi, które leżą u podstaw przepisów prawnych. Wypowiedziałem te słowa w konkretnym kontekście, kiedy okazało się, że w badaniu tej afery doszło do licznych uchybień prezesów sądów gdańskich, których zobowiązałem do kontroli sprawy Amber Gold. Gdy stwierdzili, że żadnych uchybień nie było, zażądałem dostępu do akt. Nie dla siebie, lecz dla sędziów pracujących w ministerstwie.

- Wtedy właśnie mówiono o Pana ingerencji w niezawisłość sądów.

- I pojawiły się nawet zarzuty, że łamię prawo. Tymczasem minister jest przecież ustawowo i konstytucyjnie zobowiązany do tego, by sprawować nadzór dyscyplinarny nad sądami. W jaki sposób miałbym się z tego wywiązać, gdyby sędziowie z ministerstwa nie mieli dostępu do akt? Właśnie wtedy powiedziałem, że mam w nosie przepisy, które są niejednoznaczne, bo w nowej ustawie, przyjętej w poprzedniej kadencji, sprawa dostępu do akt była opisana w sposób niejednoznaczny. A gdy przepisy są niejednoznaczne, to nie będę się nimi zasłaniał i chował głowy w piasek, bo mam obowiązek kierować się przede wszystkim interesem społecznym. Dla mnie to było oczywiste. W interesie milionów Polaków jest wyjaśnienie nieprawidłowości w działaniach sądów i prokuratur w odniesieniu do sprawy Amber Gold oraz innych tego typu afer. I dlatego właśnie miałem odwagę przeciwstawić się korporacjom prawniczym.

- Politycy na ogół chętnie zasłaniają się literą prawa, zapominając o duchu. Zgadza się Pan z takim zaniepokojeniem, że prawo niebezpiecznie wypiera etykę z jej rewirów?

- Niestety, ulegamy pewnemu prądowi myślowemu, określanemu mianem pozytywizmu prawniczego. Prawem jest to i tylko to, co jest zapisane w przepisach. Warto dziś przypomnieć, do czego pozytywizm prawniczy doprowadził w nazistowskich Niemczech. Zbrodniarze nazistowscy podczas procesów po wojnie powoływali się właśnie na to, że działali zgodnie z literą prawa niemieckiego.

- I znowu będzie Pan miał wypomniane, że narusza dobre stosunki z Niemcami! Może to jednak zbyt mocne porównanie?

- Nie, mówię to z rozmysłem. Chcę pokazać, że pewne działania są niemoralne i sprzeczne z prawem, nawet wtedy, gdy przepisy na to pozwalają. Pozytywizm prawniczy jest wielką pułapką współczesnej Europy.

- Krzepiące jest natomiast zaufanie premiera Tuska do polskiego wymiaru sprawiedliwości. Gdy min. Nowak wystąpił z pozwem wobec dziennikarzy oskarżających go, że przyjmuje drogie zegarki od biznesmenów, premier uznał sprawę za pomyślnie zakończoną. A Pan, komentując ją, mówi o „znaczącym przesunięciu granic wolności słowa”.

- Minister wystąpił o zabezpieczenie w wysokości 30 mln zł w stosunku do tygodnika „Wprost”. Gdyby sąd przychylił się do tego wniosku, doprowadziłoby to prawdopodobnie do bankructwa tego tygodnika, a granice wolności słowa zostałyby znacząco zawężone.

- Z tego samego powodu dziennikarze domagają się zmiany art. 212, który przewiduje dla dziennikarzy karę więzienia za zniesławienie.

- Sprawa nie jest tak prosta, jak chcieliby to widzieć dziennikarze. Wiem, że ten artykuł może być używany przeciwko uczciwym dziennikarzom, ale trzeba pamiętać, że media nie zawsze zachowują się uczciwie. Art. 212 powstał w obronie godności człowieka. Jednak planowałem zmianę jego treści - projekt jest gotowy - przez odsunięcie groźby więzienia dla dziennikarzy. Uważam, że to kara zbyt drastyczna i nieuzasadniona. Faktem jest, że mamy tu pewien realny konflikt wartości. Na jednej szali jest wolność słowa, na drugiej godność ludzkiej osoby.

- I stały brak równowagi?

- Konstytucyjnie obie wartości są bardzo ważne, lecz godność osoby stoi wyżej niż wolność słowa. Na pewno kryzys gospodarczy, który dotknął także media, sprawia, że są one bardziej podatne na różnego rodzaju pokusy - pokusy populizmu, pogoni za słupkami oglądalności. To powoduje obniżenie poziomu mediów i zwiększa groźbę, że przez sprzeniewierzanie się standardom rzetelności dziennikarskiej niektóre media mogą krzywdzić zwykłych obywateli.

- Czuje się Pan skrzywdzony przez media?

- Od kiedy zostałem ministrem, byłem przez nie wielokrotnie atakowany, bezpardonowo i niesprawiedliwie, ale nie zamierzam się żalić. Polityka to jest dziedzina dla ludzi o mocnych kręgosłupach i twardej skórze. Choć dziś wiem, że to właśnie media mnie odwołały, to ataki ze strony niektórych z nich traktuję jako honor.

* * *

Jarosław Gowin - senator VI kadencji, poseł na Sejm VI i VII kadencji, od 2011 r. minister sprawiedliwości, odwołany przez premiera Donalda Tuska w maju 2013 r. Absolwent Wydziału Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego, stypendysta Cambridge; doktorat za rozprawę pt. „Kościół w czasach wolności 1989-1999”. W latach 90. ubiegłego wieku jako publicysta zajmował się problemami Kościoła katolickiego w Polsce oraz pontyfikatem Jana Pawła II, był redaktorem naczelnym katolickiego miesięcznika „Znak” (1994-2005).

2013-09-09 15:02

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

5 pytań do… Pana Marcina Horały

2020-07-05 21:44

[ TEMATY ]

wywiad

polityka

5 pytań do...

Archiwum Marcina Horały

Marcin Horała

Centralny Port Komunikacyjny będzie nie tylko hubem przesiadkowym w skali Europy, ale będzie też ogromnym impulsem rozwojowym dla polskiej gospodarki - przekonywał prezydent Andrzej Duda. O tej ogromnej inwestycji Piotr Grzybowski rozmawia z min. Marcinem Horałą, sekretarzem stanu, pełnomocnikiem rządu ds. Centralnego Portu Komunikacyjnego dla RP.

Piotr Grzybowski: Panie Ministrze, czy może Pan przybliżyć naszym czytelnikom, czym ma być Centralny Port Komunikacyjny?

Marcin Horała: Centralny Port Komunikacyjny to program inwestycyjny, który ma stworzyć praktycznie nowy system komunikacyjny w Polsce. Jego sercem będzie duże, międzynarodowe lotnisko przesiadkowe, hubowe, port lotniczy oraz nowe inwestycje kolejowe, tzw. Szprychy, bo to nawiązuje do koncepcji organizacji komunikacji tzw. piasta- szprychy. Połączą one całą Polskę z CPK, a przez CPK z Warszawą, Łodzią, z rejonem centralnym Polski. W trochę w mniejszej skali przewidziane są inwestycje drogowe - w sumie taki wieloletni program, który można oszacować z grubsza na około 100 mld. złotych. W wyniku tego programu będziemy mieli znacznie lepszy system połączeń między różnymi częściami Polski, a dzięki lotnisku również z całym światem.

PG: Czy w Polsce ta inwestycja jest konieczna ?

MH: Jest bardzo potrzebna i bardzo korzystna. Czy niezbędna ? Oczywiście teraz żyjemy bez takich inwestycji i pewnie dalej jakoś tam byśmy żyli, ale tracimy bardzo dużo szans i możliwości rozwoju naszego kraju. Po pierwsze w całym regionie Europy Środkowo- Wschodniej nie ma dużego hubu przesiadkowego, lotniczego. Te połączenia są obsługiwane przez inne linie lotnicze. Zdarza się (kto leciał na Daleki Wschód, ten wie), że czasem się leci najpierw na zachód, żeby polecieć na wschód, żeby już tam się przesiąść na lot bezpośrednio dalekowschodni. To chociażby jeden z przykładów obecnej nieefektywności. Po drugie, już przed kryzysem koronawirusowym wyczerpywała się przepustowość portów lotniczych środkowego Mazowsza, przede wszystkim port „Okęcie” w Warszawie, który jest niemożliwy do rozbudowy, bo jest w środku miasta, więc tam za chwile po prostu zabrakłoby fizycznie możliwości obsługi rosnącego ruchu pasażerskiego w Polsce. Kolejna sprawa to kwestia naszych połączeń komunikacyjnych. Nie są one zaprojektowane na współczesną Polskę, są wynikiem pozostałości pozaborowych, planów Układu Warszawskiego – tam, gdzie sowiecka armia miała nacierać na zachód, na linii natarcia była szykowana dobra infrastruktura, dobry transport. Teraz to są połączenia często zupełnie abstrahujące od współczesnych potrzeb. Na przykład Płock- miasto mazowieckie, nie tak bardzo oddalone od Warszawy, ma jedno połączenie kolejowe dziennie - 2,5 godziny bezpośrednio, a z przesiadką ponad 3 godziny. Dzięki naszemu programowi kolejowemu przewidywane jest 45 minutowe połączenie z Warszawą prawie co godzinę, a 30 minutowe z CPK. To pokazuje skalę przełomu. Mamy duże miasta takie, jak Łomża, czy Jastrzębie Zdrój, które w ogóle są odcięte i nie mają komunikacji kolejowej, a więc jest to kolejna potrzeba, a z drugiej strony - jak to się mówi w ekonomii - nisko wiszący owoc do zerwania, korzyści łatwe do osiągnięcia, ponieważ przyspieszenie czasów przejazdu, nieraz dwu, trzykrotne, albo co najmniej o godzinę, od razu otwiera możliwości rozwoju gospodarki, tego, żeby sobie ludzie po Polsce podróżowali, studiowali, korzystali turystycznie. Mówimy o kilku godzinach przejazdu z południa Polski nad morze, albo z północy Polski w góry. To wszystko są korzyści, które możemy osiągnąć dzięki programowi inwestycyjnemu CPK.

PG: Jak ta inwestycja ma być finansowana?

MH: Wspomniane 100 mld. to bardzo orientacyjny szacunek całego programu inwestycyjnego, z czego samo lotnisko to około 25 mld. złotych. Tu w założeniu większość kwoty będzie pozyskana od inwestorów prywatnych, z budżetu państwa będzie tylko taki zaczyn na początek, dla uruchomienia projektu. Samo lotnisko jest po prostu opłacalną inwestycją, mamy analizy biznesplanu lotniska przez renomowaną światową firmę audytorską, która pokazała stopę zwrotu prawie 10% rocznie, więc to jest po prostu atrakcyjna inwestycja. Planujemy inwestora branżowego, duże, międzynarodowe lotnisko, które mogłoby objąć udziały, aczkolwiek nie więcej niż 49%, bo w założeniu jest zachowanie kontroli w rękach polskich. Drugie źródło finansowania pochodzi z rynku, po prostu od banków, instytucji finansowych: czy to linie kredytowe, czy obligacje komercyjne, czy inne instrumenty pochodne - to już będzie zależało od tego, co w danym momencie na rynkach finansowych będzie najkorzystniejszą, najbardziej dostępną formą finansowania. Mówimy o samym lotnisku. Jeżeli natomiast mówmy o inwestycjach infrastrukturalnych, zwłaszcza kolejowych, to tu w sposób oczywisty źródłem finansowania będą środki unijne, trochę środków z budżetu państwa, ale ze wsparciem środków unijnych.

W najbliższych perspektywach Unia Europejska zapowiada duży nacisk na transport szynowy, na rozwój kolei, jako bardziej ekologicznego, bardziej przyjaznego środowisku sposobu transportu. Tu nawet jest już pierwsza jaskółka, bo już w tej perspektywie spółce CPK udało się na jeden projekt na zaprojektowanie odcinka linii kolejowej przez Jastrzębie Zdrój do granicy państwa pozyskać w instrumencie „cechowskim”, czyli gdzie nie ma koszyków narodowych, gdzie konkuruje się też z projektami innych państw UE o pieniądze. Udało się taką konkurencję wygrać i pierwszą transzę finansowania na zaprojektowanie tej linii pozyskać. Tak będzie w kolejnych perspektywach unijnych, żeby zwłaszcza na połączenia kolejowe, być może też drogowe, ale głównie kolejowe pozyskiwać unijne środki. W sumie więc z tych 100 mld. na pewno zdecydowana większość to będą środki zewnętrzne, które dzięki programowi CPK pozyskamy do Polski. Będzie on narzędziem przyciągania kapitału miliardów, które będą inwestowane w Polsce.

PG: Czy znany jest już kalendarz prac?

MH: Tak, oczywiście. Harmonogram został ustalony, zasadniczo się go trzymamy i nie notujemy na ten moment opóźnień. Takie główne „kamienie milowe” to: w roku 2023 pierwsze „wbijanie łopat”, pierwsze prace budowlane na lotnisku i na pierwszych pięciu odcinkach linii kolejowych (mówię tu o nowych liniach kolejowych, bo oczywiście w skład tej szprychy będą wchodziły czasami linie już istniejące, które będą modernizowane, a niekiedy już są zmodernizowane) i rok 2027 - moment, kiedy planujemy pierwszy lot z lotniska i otwarcie pierwszych fragmentów linii kolejowych. Docelowo spójny, kompletny system, to są dwie najbliższe perspektywy unijne do roku 2030/34. Mówiąc bardziej szczegółowo, w najbliższym czasie, w tym roku finalizujemy szereg rozmów, negocjacji biznesowych i przetargów, które wyłonią kilku kluczowych partnerów.

Po pierwsze, przede wszystkim doradcę strategicznego, który w przyszłości ma zostać partnerem strategicznym, czyli właśnie duże, międzynarodowe lotnisko, z którym będziemy współpracować przy projekcie. Na tej ostatniej prostej zostały dwa lotniska konkurujące ze sobą: Incheon w Seulu i Narita z Tokio, obydwa z pierwszej dziesiątki lotnisk na świecie, obsługujące właśnie kilkadziesiąt milionów pasażerów rocznie. Takiego know-how nie mamy teraz w Polsce, nie mamy hubowego lotniska, więc chcemy we współpracy z tym partnerem pozyskać wiedzę i technologie, jak takim lotniskiem operować oraz zaprosić go też do późniejszej współpracy. Mówiąc krótko, żeby doradzał i budował, jak dla siebie. W tym roku wybierzemy również wykonawcę master planu lotniska. To jest taki powiedzmy plan-matka, zarówno w sensie budowlanym, jak i biznesowym.

On będzie zawierał rozwiązania dotyczące szczegółowego modelu biznesowego i tego, co brzydko się nazywa „montażem finansowym” dla sfinansowania projektu, ale też przede wszystkim sam projekt lotniska, z którego później - jak spod parasola - będą wyjmowane poszczególne elementy: pas startowy, terminal, etc. i będą już traktowane jako projekty budowlane. W tym roku wyłonimy wykonawcę, rozpoczną się te prace, w pierwszej połowie przyszłego roku będą zakończone i master plan będzie gotowy. Lada moment ruszają już inwentaryzacje środowiskowe na pierwszych pięciu odcinkach linii kolejowych, bo żeby dokonać ostatecznego wyboru przebiegów, trzeba dokonać (poza oczywiście konsultacjami społecznymi na miejscu, które też cały czas prowadzimy) również inwentaryzację środowiskową. Moment decyzji środowiskowej to jest już ostateczne ustalenie przebiegu dla danej inwestycji, więc te inwentaryzacje środowiskowe już w lipcu się rozpoczną. To ten krótki harmonogram na najbliższy czas.

PG: Czy wiemy już, ile miejsc pracy wygeneruje budowa, później obsługa i jak to wpłynie na rozwój gospodarki, podatki etc. ?

MH: Można szacować, że sama budowa to kilkanaście tysięcy miejsc pracy. Przy analogicznej wielkości lotniskach na świecie sama budowa generowała od kilkunastu, do 30 tysięcy miejsc pracy. Później działające lotnisko w raz z towarzyszącymi biznesami w bezpośrednim otoczeniu lotniczym szacujemy na 40 tysięcy nowych miejsc pracy, a razem z branżami pokrewnymi - taka całkowita wygenerowana liczba nowych miejsc pracy to 150 tysięcy. Tak, jak mówiliśmy o projekcie finansowym, że z tych 100 miliardów większość stanowił będzie kapitał zewnętrzny, co oznacza przyciągnięcie do Polski 60, 70, 80 miliardów złotych bezpośrednich inwestycji, których w innym wypadku w Polsce by nie było. Całkowity wpływ na gospodarkę Polski, niewątpliwie bardzo pozytywny, jest jednak praktycznie trudny i niemożliwy do oszacowania.

Wrócę jeszcze do tego Płocka, choć takich miast jest wiele, wiele więcej: Łomża, Włocławek, Sieradz, Jastrzębie Zdrój, itd.. Jeżeli np. przedsiębiorca z Płocka będzie mógł w ciągu 1,5 godziny obrócić do Warszawy i z powrotem, załatwić swoje sprawy w Warszawie w 2 godziny, co nie będzie zajmowało mu całego dnia, to dla jednoosobowej działalności gospodarczej będzie to ogromna korzyść i wzrost możliwości. Załatwienie jakiejś sprawy urzędowej nie będzie już powodowało konieczności zamknięcia biznesu na jeden dzień zamknąć. To są korzyści związane z tym, co po angielsku nazywa się conectivity , co trudno jednym polskim słowem zastąpić, ale chodzi o łatwość, możliwość, szybkość i dostępność połączeń, szybkość przemieszczania się, która pozytywnie wpływa na całą gospodarkę.

Chodzi również o walkę z bezrobociem, które jest zjawiskiem powszechnym na prowincji, odciętej i pozbawionej szybkiego transportu, podczas gdy w stosunkowo w nieodległej metropolii jest brak rąk do pracy. Tak jest przecież i w Warszawie, i w Trójmieście, gdzie brakuje rąk do pracy w wielu zawodach. Ogromna korzyść wynika z tego, że ktoś nie będzie musiał podejmować życiowej decyzji o wyprowadzeniu się ze swojego rodzinnego miasta w poszukiwaniu pracy, tylko nadal tam mieszkając będzie w stanie codziennie do niej dojechać i wrócić do domu. To jest również korzyść dla firm szukających pracowników. Poza tym ludzie mający pracę zarobią więcej, to też więcej kupią, więcej wydadzą u siebie. Może powstanie jakiś nowy sklep, nowa restauracja, nowe miejsca pracy… To w tej chwili jest bardzo trudne do zmierzenia, ale można z góry powiedzieć, że płyną ogromne, dodatkowe korzyści gospodarcze, a najłatwiej policzalne jest tych 150 tysięcy nowych miejsc pracy.

CZYTAJ DALEJ

Nie żyje Ennio Morricone

2020-07-06 09:22

[ TEMATY ]

muzyka

zmarły

kompozytor

PAP

W wieku 91 lat zmarł słynny kompozytor Ennio Morricone.

Przeczytaj także: Maestro dla Ojca Świętego - wywiad WŁODZIMIERZA RĘDZIOCHA DLA TYGODNIKA "NIEDZIELA"

Dziś, nad ranem zmarł w wieku 91 lat maestro Ennio Morricone. Przebywał w rzymskiej klinice uniwersyteckiej Campus Biomedico, do której przewieziono go kilka dni temu – upadając złamał kość udową. Zdobywca Oscara Morricone, to jeden z najsłynniejszych muzyków i kompozytorów, autor najpiękniejszych ścieżek dźwiękowych do tak znanych arcydzieł kina włoskiego i światowego jak „Za garść dolarów”, „Mission”, „Dawno temu w Ameryce”, „Nowe kino Paradiso”.

Pogrzeb Ennio Morricone odbędzie się w formie czysto prywatnej. Jak poinformował jego przyjaciel i adwokat Giorgio Assumma, mistrz „zachował do końca pełną jasność umysłu i wielką godność. Pozdrowił swoją ukochaną żonę Marię, która towarzyszyła mu z oddaniem w każdej chwili jego życia prywatnego oraz zawodowego i była mu bliska do ostatniej chwili, podziękował swoim dzieciom i wnukom za troskę i miłość, jaką mu dali”.

Ennio Morricone był rzymianinem, urodził się w stolicy Włoch 10 listopada w 1928 r. W 1954 r. ukończył konserwatorium pod kierunkiem znanego włoskiego kompozytora Goffreda Petrassiego. W 1960 r. zaczął komponować muzykę do filmów – stał się sławny dzięki muzyce do spaghetti westernów Sergia Leone. Ścieżka dźwiękowa z filmu „Dobry, zły i brzydki” to jeden z najbardziej znanych utworów muzycznych w historii kina. Sukcesy te sprawiły, że Morricone zyskał światową sławę i rozpoczął owocną współpracę z zagranicznymi reżyserami. W sumie skomponował muzykę do ponad 400 filmów.

Imponująca jest lista nagród i wyróżnień przyznanych włoskiemu kompozytorowi: 2 Złote Globy (nagroda filmowa przyznawana corocznie przez Hollywoodzkie Stowarzyszenie Prasy Zagranicznej), nagroda Grammy (przyznawana przez amerykańską Narodową Akademię Sztuki i Techniki Rejestracji), nagroda Europejskiej Akademii Filmowej, 5 nominacji do Oscara i Oscar Specjalny (nagroda honorowa), 9 nagród David di Donatello; kompozytor ma na swoim koncie 27 złotych płyt i 7 platynowych.

Morricone bywał w Polsce: 30 sierpnia 2009 r. wziął udział w Festiwalu Solidarności w Stoczni Gdańskiej, a 29 września 2012 r. w hali Targów Kielce otrzymał z rąk abp. Gianfranco Ravasiego medal Per Artem Ad Deum (Przez sztukę do Boga), przyznawany przez Papieską Radę ds. Kultury – wykonano wtedy nową wersję jego utworu „Tra cielo e terra” (Między niebem a ziemią).

Spotkałem się z maestro Morricone w 2015 r., z okazji wykonania skomponowanej przez niego pierwszej w jego karierze Mszy, którą zadedykował papieżowi Franciszkowi. Powstała ona z okazji 200. rocznicy przywrócenia Towarzystwa Jezusowego po kasacie, stąd jej pełny tytuł po łacinie brzmi: „Missa Papae Francisci. Anno duecentesimo a Societate Restituta”. Moją rozmowę z Maestrem zacząłem od pytania o genezę tego wyjątkowego dzieła. Oto wywiad opublikowany w „Niedzieli” (nr 29, 2015):

Przeczytaj także: Maestro dla Ojca Świętego - wywiad WŁODZIMIERZA RĘDZIOCHA DLA TYGODNIKA "NIEDZIELA"
CZYTAJ DALEJ

Uratowali dla przyszłych pokoleń

2020-07-06 23:10

Łukasz Michalak

Tkaniny zdobiące ściany kapitularza Krakowskiej Kapituły Katedralnej odzyskały pierwotne piękno! Realizatorem projektu UPJPII. 6 VII 2020

6 lipca 20202 r.  - ten dzień trzeba zapamiętać! Nastąpił finalny odbiór trwających trzy lata prac konserwatorskich, których zadaniem było uratowanie przed całkowitą degradacją obić ściennych reprezentacyjnego pomieszczenia w katedrze na Wawelu.

Próby ratowania zabytkowych tkanin przez lata nie przynosiły większego efektu. Dopiero otwarty trzy lata temu projekt dał szansę zachowania obiektu. Dzięki finansom Unii Europejskiej, wkładowi Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, który stał się jego beneficjentem oraz pomocy Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków Krakowa dziś można mówić o wielkim sukcesie!

Nad realizacją projektu czuwała dr Natalia Krupa z Wydziału Historii i Dziedzictwa Kulturowego UPJPII, pracę specjalistów z Krakowa, Warszawy, Wrocławia organizowała Sabina Szkodlarska, nadzorem konserwatorskim zamierzenie ze strony UPJPII objęła Anna Drzewiecka.

Już na pierwszym etapie prac – badań od strony historycznej spotkano się z wielkim zaskoczeniem. Obicia ścian okazały się historycznie starsze niż uprzednio przypuszczano. Datowano je bliżej XVIII wieku, a pochodzenia upatrywano na Bliskim Wschodzie. Zespół Archiwum Krakowskiej Kapituły Katedralnej podjął się zrekonstruowania historii pomieszczenia i tkanin. Kompozycja wzorów, naleciałości stylowe, naśladownictwo układów kompozycyjnych pochodzących z okresu renesansu z II poł. XVI wieku pozwoliły określić wiek tkanin na początek XVII stulecia. Prace badawcze ukazały też, że jest to dzieło włoskie, weneckie. Trudno jednak je z jakimikolwiek porównać, takie same nie są znane!

- To, że pochodzą z takiego źródła nałożyło na konserwatorki tkanin jeszcze większe zobowiązanie – mówi ks. prof. dr hab. Jacek Urban, dziekan Krakowskiej Kapituły Katedralnej – dzięki melanżowi zainteresowanych tym pomieszczeniem stron (UE, UPJPII, SKOZK) udało się ten cały proces przeprowadzić… To pomieszczenie jest używane zgodnie z jego założeniem najwyżej kilkanaście razy w roku. Tu spotyka się kapituła, udostępniane jest w celach badawczych studentom polskim i zagranicznym, ks. proboszcz spotyka się tu z pracownikami katedry. Na co dzień bywają tu jedynie pracownicy Archiwum…

Od dłuższego czasu miejsce jedwabnych, zdobnych, zabytkowych obić zastępował współczesny len. Trzy lata pracy to także przeanalizowanie remontów kapitularza na przestrzeni lat czemu służyła także istniejąca dokumentacja fotograficzna, świadcząca, podobnie jak analiza ścian pod tkaninami, o wielu remontach, przebudowaniach, choćby zmianach ogrzewania, które nie służyły tkaninom obiciowym.

- Ukazały nam się prace konserwatorskie niestety o różnym stopniu profesjonalizmu, wtedy dopiero mogliśmy zaobserwować stopień zniszczeń faktyczny. Pod odjęciu dawnych napraw, cerowań, przeszyć okazało się, że obiekt jest w 80% stopniach zniszczony, z ubytkami całkowitymi, ze zniszczonymi osłonami, z wykruszonymi fragmentami wątków. Musieliśmy podjąć decyzję jak ten program naprawczy poprowadzić, by tkaniny mogły wrócić na ściany. Zadecydowaliśmy później, by przy instalowaniu tych tkanin były one od siebie niezależne, jako układane panele, a każdy wykonany na osobnym krośnie. Tym samym pozyskaliśmy efekt na kształt ekspozycji muzealnej. To daje też możliwość zareagowania w każdej chwili, gdyby z czasem cokolwiek mogło się przydarzyć jakiemuś fragmentowi obić - mówi dr Natalia Krupa, kierownik projektu.

Konserwatorki intensywnie pracowały dwa lata.

- Taki fragmencik, ot 10 centymetrów – pokazuje Sabina Szkodlarska – to parę dni pracy, niezwykle precyzyjnej. Podziwiam cierpliwość, wytrwałość konserwatorek. Większość odbywała się w Pracowni Konserwacji Tkanin Zabytkowych UPJPII, pozostałe panie pracowały w swoich pracowniach. One pracowali nad jedną sprawą w wielu miejscach. Podziwiam.

W pracowni UPJPII przeprowadzane były badania techniki wykonania i technologii.

- W pracowni na UPJPII dysponujemy bardzo nowoczesnym sprzętem – mówi dr Natalia Krupa - m.in. zautomatyzowanym mikroskopem cyfrowym z oprogramowaniem 3D, co bardzo dokładnie pozwoliło zdiagnozować stan zachowania tkanin, a przy usuwaniu każdej z warstw aparat cyfrowy na sliderze nad stanowiskiem pracy konserwatorów pozwalał na rejestrowanie wszystkich elementów prac w czasie.

- Mimo tak ogromnych zniszczeń chcieliśmy by była to jednak konserwacja a nie retusz estetyczny. Jestem pełna podziwu dla pań, które się tym zajmowały, bo to ogromna praca…a efekt jest fantastyczny. Tkaniny są dobrze zabezpieczone, należy teraz, co jest sprawą kluczową, ochrona tego wnętrza, by zapewnić stabilne warunki mikroklimatyczne, jest to w trakcie badań - podkreśla Anna Drzewiecka.

- My od dziesiątków lat jesteśmy przekonani, że tu jest mikroklimat, dlatego, że tu znakomicie się zachowują zarówno skóra, pergamin, papier, klisza fotograficzna. A przecież każde z nich potrzebuje innych warunków. Dlatego tu wykonaliśmy jakiś czas temu szafy na te archiwalia, które nie czują się dobrze w innych pomieszczeniach Archiwum. W tym wyjątkowym miejscu, będąc obok siebie, nic złego im się nie dzieje - dodaje ks. prof. Jacek Urban, przekonany, że dziś jest prawdziwie wielki dzień.

Część historii udało się przebadać, przywrócić jej świetność, uratować dla przyszłych pokoleń.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję