Reklama

Kościół

Bp Piotr Jarecki: Nasz katolicyzm jest zbyt kultyczny, kard. Wyszyński chciał by był bardziej społeczny!

- Misja Kościoła nie może być równoległa do misji świata, ale powinna przenikać rzeczywistość tego świata. I kardynał Wyszyński właśnie o tym dziś nam przypomina – mówi w wywiadzie dla KAI bp Piotr Jarecki, jeden z najlepszych w Polsce znawców katolickiej nauki społecznej. Rozmowa jest próbą odczytania aktualności społecznego nauczania kard. Stefana Wyszyńskiego w dzisiejszych warunkach oraz ich aplikacji do wyzwań przed jakimi stoi Kościół w Polsce.

[ TEMATY ]

kard. Stefan Wyszyński

bp Piotr Jarecki

ARCHIWUM

Marcin Przeciszewski, KAI: Jakie główne akcenty Ksiądz Biskup dostrzega w myśleniu i nauczaniu społecznym Prymasa Tysiąclecia?

Bp Piotr Jarecki: Główną moją myślą jest to, że pomimo, iż mam 40 lat kapłaństwa i 26 biskupstwa, to za mało zajmowałem się myślą kard. Stefana Wyszyńskiego. Dotyczy to zresztą nie tylko mnie, ale i całego Kościoła w Polsce. A tymczasem dzisiaj jego sposób przeżywania wiary i styl wypełniania misji jest nam bardzo potrzebny.

- A w jakim sensie?

- Nasz katolicyzm jest zbyt kultyczny. Za mało zajmujemy się tym, co nazywamy „teologią rzeczywistości ziemskich”. Nazywam to realizacją ducha inkarnacji. Bo przecież nie wierzymy w Boga – ideę, ale w Boga wcielonego. W Boga, który działa w historii. A więc wiarę należy przeżywać w tej konkretnej rzeczywistości w jakiej żyjemy. Misja Kościoła nie może być równoległa do misji świata, ale powinna przenikać rzeczywistość tego świata. I kardynał Wyszyński właśnie o tym dziś nam przypomina.
Sądzę, że dziś Prymas Tysiąclecia powiedziałby mniej więcej tak: „Nie zamieńcie wiary w czystą teorię i nie zamieńcie misji Kościoła w jakiś angelizm oderwany od rzeczywistości”. Starajmy się więc rzucić światło wartości ewangelicznych na konkretną rzeczywistość społeczną jaka nas otacza: polityczną, gospodarczą i kulturową, i narodową. Powinniśmy wypracowywać konkretne rozwiązania, inspirując się oczywiście wartościami ewangelicznymi. To jest dla mnie główna nauka, którą wyprowadzam ze spuścizny kard. Wyszyńskiego. On dokładnie to pokazywał całym swoim życiem.

- Ale postarajmy się to pokazać bliżej, jak on to ukazywał? Na jakie elementy czy cegiełki można jego nauczanie społeczne rozłożyć?

- Kard. Wyszyński dokonywał syntezy Katolickiej Nauki Społecznej (KNS) z konkretną rzeczywistością społeczno-polityczną i kulturową naszej ojczyzny tamtych czasów. Tymczasem na kard. Wyszyńskiego zawsze patrzyliśmy porównując go z kard. Wojtyłą w taki oto sposób: Wojtyła – wysublimowany intelektualista, a Wyszyński to pastoralista, zwolennik Kościoła ludowego... Przynajmniej ja tak to przeżywałem.
Natomiast kiedy czytam jego wystąpienia, dochodzę do wniosku, a nawet nieraz się dziwię, jak głęboko kard. Wyszyński nie tylko znał nauczanie społeczne Kościoła, ale potrafił je adoptować do otaczającej rzeczywistości. A szczególna wartość jego nauczania polegała na tym, że nie były to cytaty z dokumentów czy papieskich encyklik społecznych, ale głęboka synteza zasad katolickiej nauki społecznej z aktualnymi wyzwaniami i „znakami czasu”. Podobny styl prezentuje dzisiaj papież Franciszek. Wyszyński niewątpliwie był intelektualistą, ale nie był oderwany od rzeczywistości.
A to tego przygotowało go życie, a także okres przedwojenny. Pamiętamy jego zaangażowanie we Włocławku, kiedy nie tylko był redaktorem naczelnym znakomitego pisma „Ateneum Kapłańskiego”, ale działał w chrześcijańskich związkach zawodowych. Znał rzeczywistość trudnego życia robotnika. Upominał się o prawa robotników chodząc jako ksiądz do właścicieli zakładów pracy. Znał szarość życia ludzi ciężkiej pracy fizycznej i walczył o ich prawa.

- Dlatego przypięto mu wtedy łatkę „czerwonego księdza”...

- Oczywiście, że mu przypięto. Kard. Wyszyński już od tamtych czasów, przez cale życie głosił niezbywalną godność człowieka. Mówił konkretnie o „przyrodzonej godności człowieka”. Odnosił to do obrazu Boga w każdym z nas, do Bożego ojcostwa. I to jest praźródło, dlaczego mówimy, że każdy człowiek, każdy z nas, ma tak wzniosłą godność. Obojętnie czy jest to szary robotnik czy wysublimowany intelektualista – ich godność jest taka sama. Kard. Wyszyński mówił dosłownie: czy to jest pijak, który leży w rowie, czy to jest człowiek cnotliwy - mają oni taką samą godność.
Jest to niesamowita nauka, obawiam się, że dziś nie potrafimy jej realizować. A realizował to także w niełatwej praktyce własnego życia, kiedy był więziony, internowany. Kiedyś powiedział, że modli się za Bieruta, który go prześladował. Nikogo nie nienawidził – widocznie miał taką łaskę, którą wyprosił u Boga. Starał się miłować nawet największych wrogów, którzy mu tyle zła wyrządzili, którzy otwarcie walczyli z Kościołem.

- Pius XI w encyklice „Quadragesimo anno”, którą w młodości studiował ks. Wyszyński, apelował o tworzenie chrześcijańskiego ustroju społecznego jako „trzeciej drogi” pomiędzy liberalnym kapitalizmem a socjalistycznym kolektywizmem . Jak to postrzegał przyszły prymas?

- Jest to dość złożona kwestia. Wyszyński miał przed wojną wiele wystąpień do robotników nt. kapitalizmu i kolektywizmu. A po którymś z jego wykładów jeden z robotników zabrał głos i mówi: „Księże Doktorze, wedle tego, co Ksiądz powiedział, to i kapitalizm jest do cholery i kolektywizm jest do cholery. Zostaje więc nam powiesić się!” A Wyszyński odpowiada: „Nie spiesz się z tym, kiedy po wakacjach przedłożę propozycję nauczania społecznego Kościoła, to na pewno nie będą ci przychodziły myśli o powieszeniu się”.
Co ciekawe, w jego nauczaniu nie zauważyłem tej propozycji, którą znajdujemy w encyklice „Quadragesimo anno”, czyli że Kościół proponuje tzw. trzecią drogę, pomiędzy kapitalizmem a socjalistycznym kolektywizmem: korporacjonizm. Wyszyński kilkakrotnie w swym nauczaniu mówi - co jest miodem na moje serce - że tak naprawdę, w ostatecznej analizie, kapitalizm i lewicowy kolektywizm – są wrogie człowiekowi. Jeden wpędza w niewolę zysku, a drugi w niewolę państwa. A ponadto kolektywizm wpędza także w niewolę materii, gdyż promuje ideologię „stachanowców”. Po wojnie słynne były memoriały Wyszyńskiego do partii i do rządzących, żeby nie zniewalali człowieka i nie przymuszali go do pracy w niedzielę. Tłumaczył, że jest to wbrew godności człowieka pracy. Uzdrowieńczy rzekomo system przejął naganne cechy kapitalizmu!
Stawiano mu pytanie, dlaczego prymas zajmuje się także tymi którzy należą do partii? A on odpowiadał: to jest moja misja, oni należąc do partii nie przestają być ludźmi. A moją misją, misją Kościoła, jest troska o godność każdego człowieka, partyjnego czy nie partyjnego. Każdy ma prawo i obowiązek pracy, ale ma także prawo do niedzielnego wypoczynku.
Kard. Wyszyński był krytyczny zarówno wobec kapitalizmu, który poznał dobrze przed wojną, a także wobec kolektywizmu i socjalizmu. Zwracał przede wszystkim uwagę, że państwo nie ma prawa narzucania wszystkim obywatelom jednej ideologii. Podkreślał, że państwo nie może także formować młodych w świetle jakiejś z góry narzuconej ideologii, tym bardziej ideologii ateistycznej. Sprzeciwiał się wyciąganiu młodych ludzi z rodzin, i kształtowaniu ich w ateistycznej szkole, co wtedy było powszechnie praktykowane, a na pewno promowane.
Krótko mówiąc, Wyszyński nie był zwolennikiem jakiejś „trzeciej drogi”, ale tego, co w nauce społecznej Kościoła nazywamy podmiotowością społeczeństwa: z czym nie liczy się ani kapitalizm, ani marksistowski i kolektywistyczny socjalizm. I całe jego nauczanie, od kiedy przyszło mu pełnić rolę prymasa aż do śmierci, było walką o podmiotowość społeczeństwa.

- Co rozumiał pod pojęciem podmiotowości społeczeństwa?

- Bogactwo zrzeszeń, które wypełniają przestrzeń społeczną między jednostką i rodziną a państwem. Kard. Wyszyński bardzo na to wskazywał. Mówił o różnych środowiskach i kulturowych i gospodarczych, które mają prawo do istnienia. Podkreślał, że z nimi musi liczyć się państwo i jego władze, że muszą w tym zakresie pozostawiać im swobodę. Uważał, że państwo nie może mieć monopolu. Mówił, że socjalizm i komunizm chce „zemleć tę różnorodność w swoich ideologicznych młynach”.
Przypomina mi się w tym momencie nauka Piusa XII nt. rozróżnienia między „bezkształtną masą”, a podmiotowością narodów, czy podmiotowością ludów. Wyszyński mówił dokładnie to samo, przestrzegał przed niebezpieczeństwem przeobrażenia podmiotowego społeczeństwa czy narodu - który ma swoją kulturę, język, zwyczaje i swoje terytorium - w rodzaj bezkształtnego monolitu. Masy, z którą można robić co się chce i dowolnie nią manipulować.
Takie spojrzenie ks. Wyszyński wyniósł jeszcze z KUL-u, był przecież uczniem ks. prof. Antoniego Szymańskiego, nestora katolicyzmu społecznego w Polsce, a później w tym pomogła mu roczna wędrówka po najlepszych katolickich środowiskach uniwersyteckich Belgii, Holandii, Francji, Szwajcarii i Włoch.

- Wskazałbym jeszcze jeden wątek nauczania kard. Wyszyńskiego: jest to praca jako droga ku uświęceniu. Chyba najsilniej został on zarysowany w jego książce: „Duch pracy ludzkiej”, która wydana została niedługo po wojnie.

- Widzę tam wiele treści, które odnajdujemy później w encyklice „Laborem exercens” Jana Pawła II. Czytając „Duch pracy ludzkiej”, dotykamy kwestii teologii rzeczywistości ziemskich, czyli przeżywania wiary nie tylko poprzez różaniec, nie tylko w kościele czy na Mszy św. Wyszyńskiemu nie chodzi o żaden katolicyzm kultyczny, ale o dostrzeżenie pracy jako świeckiej dziedziny życia, poprzez którą mamy realizować to pierwsze i zasadnicze powołanie człowieka, jakim jest powołanie do świętości. Przecież każdy człowiek najwięcej czasu poświęca właśnie w pracy. Wyszyński zadaje pytanie, czy z tej pracy wychodzę lepszym czy gorszym człowiekiem, niezależnie od tego czy jestem dyrektorem czy zwykłym robotnikiem? Ze smutkiem zauważa, podobnie jak Pius XI, że niestety ludzie przez pracę często się upadlają, stają się gorsi.
Na te wyzwania Wyszyński odpowiada, publikując książkę „Duch pracy ludzkiej”. Pracę człowieka odnosi do Boga, który stworzył świat i który sam pracował. Ukazuje dalej mistykę pracy, jako drogę wzrostu i doskonalenia się człowieka, drogę do Boga i do budowania rzeczywistości ludzkiej. Chodzi mu o to, abym to ja poprzez pracę kształtował się wewnętrznie, abym zbliżał się przez nią do Pana Boga i do drugiego człowieka. Bym zacieśniał z nim więzy wspólnoty. Praca właściwie rozumiana, wykonywana i zorganizowana może być modlitwą.

- Jest chyba duże podobieństwo takiego myślenia z założycielem „Opus Dei”, ks. Josemaria Escrivá de Balaguer, który zresztą opublikował w Hiszpanii tłumaczenie tej książki ks. Wyszyńskiego?

- Faktycznie dla „Opus Dei”, na ile się orientuję, jest to jeden z centralnych elementów ich duchowości. Rzeczywiście istnieje tu bliskie pokrewieństwo z kard. Wyszyńskim. Takie właśnie pojmowanie ducha pracy ludzkiej starałem się zaszczepić na gruncie Akcji Katolickiej w Polsce i - szczerze mówiąc - nie za bardzo mi to wyszło. A chodzi o to, żeby tę świecką dziedzinę, dziedzinę rzeczywistości ziemskich, traktować jako istotną świecką drogę do świętości.
Zresztą, gdyby młody ks. Stefan Wyszyński nie był doskonałym ekspertem od tego co dziś nazywamy teologią rzeczywistości ziemskich, to kard. August Hlond nie powołałby go do Rady Społecznej przy Prymasie Polski. Kard. Hlond widział, że młody ks. Wyszyński nie tylko się na tym znał, ale tym głęboko żył. A widząc jego sposób myślenia i sposób nauczania, mógł go również wskazać na swego następcę jako metropolitę warszawskiego i gnieźnieńskiego.

- W 1967 r. kard. Wyszyński ogłasza Społeczną Krucjatę Miłości. Jakie znaczenie ma ten program?

- Społeczna Krucjata Miłości to niezmiernie ważny element w nauczaniu prymasa Wyszyńskiego. Ja sam dopiero niedawno to odkryłem. Pierwszy raz użył tego określenia w kościele na Kamionku na warszawskiej Pradze. Powiedział, że Polsce potrzebna jest Społeczna Krucjata Miłości a – nawiązując do swego poprzednika kard. Hlonda – dodał, że „zwycięstwo jeśli przyjdzie, to przyjdzie przez Maryję”. Mówił, że pragnie być wykonawcą tej woli, testamentu swego poprzednika, ponieważ kard. Hlond pierwszy użył tego określenia: „społeczna krucjata miłości”.
A w liście na Wielki Post 1967 r. ogłosił program Społecznej Krucjaty Miłości. Pisał w nim: „Pragniemy podjąć pracę nad wprowadzeniem w życie ducha Soboru Watykańskiego II i Ślubów Narodu. Zaczynamy pracę, która potrwa długie lata. Prowadzić ją będziemy w Społecznej Krucjacie Miłości. Kardynał Wyszyński pragnął, aby społeczeństwo podejmowało walkę z otaczającym złem poprzez przemianę swoich serc. Jest to więc program odnowy życia codziennego, zaproszenie do oddziaływania miłością w rodzinie, w domu, w pracy, wśród przyjaciół i nieprzyjaciół, wszędzie. Tak, aby zacząć przemieniać świat od siebie, od najbliższego otoczenia.
Sformułował dwanaście wskazań duchowej odnowy. A w jednym z kolejnych listów, bodajże w 1968 r. po raz kolejny wyjaśniał sens tego dzieła, polemizując z opiniami, że krucjata wydaje się czymś przestarzałym i kryje w sobie konflikt, walkę, może nawet i nienawiść. Tłumaczył, by nie bać się tego określenia, gdyż chodzi tu o krucjatę pojmowaną jako walkę człowieka przede wszystkim ze swoimi własnymi słabościami. Wyjaśniał, że jeżeli tej walki nie podejmiemy, to nie zawracajmy sobie głowy żadnymi zmianami strukturalnymi. Wzywał do wypełnienia pojęcia miłości bardzo konkretną treścią. Nawiązywał do tego, co mówimy na początku każdej Mszy św., czyli abyśmy nie ranili bliźnich oraz Boga: myślą, mową, uczynkiem a także i zaniedbaniem. Najpierw ujął to w formie 12 wskazań, zamienionych później w 10-punktowe ABC Społecznej Krucjaty Miłości.

- Jakie były to konkretnie wskazania? Może warto je dziś przytoczyć w całości?

- Proszę bardzo, oto one:
1. Szanuj każdego człowieka, bo Chrystus w nim żyje. Bądź wrażliwy na drugiego człowieka, twojego brata.
2. Myśl dobrze o wszystkich - nie myśl źle o nikim. Staraj się nawet w najgorszym znaleźć coś dobrego.
3. Mów zawsze życzliwie o drugich - nie mów źle o bliźnich. Napraw krzywdę wyrządzoną słowem. Nie czyń rozdźwięku między ludźmi.
4. Rozmawiaj z każdym językiem miłości. Nie podnoś głosu. Nie przeklinaj. Nie rób przykrości. Nie wyciskaj tez. Uspokajaj i okazuj dobroć.
5. Przebaczaj wszystko, wszystkim. Nie chowaj w sercu urazy. Zawsze pierwszy wyciągnij rękę do zgody.
6. Działaj zawsze na korzyść bliźniego. Czyń dobrze każdemu, jakbyś pragnął, aby tobie tak czyniono. Nie myśl o tym, co tobie jest kto winien, ale co Ty jesteś winien innym.
7. Czynnie współczuj w cierpieniu. Chętnie spiesz z pociechą, radą, pomocą, sercem.
8. Pracuj rzetelnie, bo z owoców twej pracy korzystają inni, jak Ty korzystasz z pracy drugich.
9. Włącz się w społeczną pomoc bliźnim. Otwórz się ku ubogim i chorym. Użyczaj ze swego. Staraj się dostrzec potrzebujących wokół siebie.
10. Módl się za wszystkich, nawet za nieprzyjaciół.
A czytając dziś ten tekst myślę o tym, co Benedykt XVI napisał w swej encyklice „Caritas in veritate”. Mianowicie, że dzisiaj miłość jest jak „pusta skorupa”, którą każdy może wypełnić swą treścią, nawet tą, która jest zaprzeczeniem autentycznej chrześcijańskiej miłości. Społeczna Krucjata Miłości Wyszyńskiego, jest wypełnieniem treścią tej właśnie skorupy. Jeśli każdy z nas poważnie traktuje miłość, to wie jak ma myśleć, jak czuć, jak traktować drugiego człowieka i jak się angażować w przemianę społeczeństwa. Miłość, wedle kard. Wyszyńskiego – to konkret, który warto i trzeba realizować, zaczynając od samego siebie. Społeczna krucjata miłości to jest dekalog rozumienia i realizowania miłości konkretnej, miłości egzystencjalnej, stylu życia, kultury życia. To jest dekalog nadawania konkretnego kształtu życiowego pięknej, wzniosłej idei miłości. Nie tylko poryw serca i wzburzenie emocji, ale praxis życia. Emocje odgrywają w tej praxis oczywiście niezwykle ważną rolę! Znowu wraca logika inkarnacji.

- W myśleniu społecznym kard. Wyszyńskiego ważne miejsce zajmowało również pojęcie narodu. Był twórcą „Teologii narodu”. Temat ten jest zawsze tematem gorącym, gdyż towarzyszyć temu będą posądzenia o nacjonalizm. Jak ujmował to Prymas Tysiąclecia?

- Jest to jeden z centralnych elementów jego nauczania. A jego „teologia narodu” podkreślała, że tak jak rodzina, tak samo i naród istnieje z woli Boga. Dla kard. Wyszyńskiego były to najbardziej naturalne wspólnoty, w których człowiek żyje, dojrzewa, realizuje się oraz uświęca. Co zresztą powinno być oczywiste dla każdego człowieka. Przypominał, że Jezus Chrystus był także członkiem konkretnego narodu. Ukazywał bardzo ścisły związek między rodziną, narodem i Kościołem - były to dla niego naczynia połączone.
Podkreślał, że siłą jednoczącą naród i nadającą mu tożsamość, jest kulturowa suwerenność. Przypominał, że kiedy nie było państwa, to Kościół przechowywał i pielęgnował te idee narodowe. Dodawał, że ta kulturowa suwerenność w Polsce przetrwała dzięki rodzinie. Dlatego te obie wartości warto jest podtrzymywać i pielęgnować. Rodzina i naród.
Ostrzegał, by nie rozpłynąć się w promowanym przez komunistów „internacjonalizmie”, który traktował jako poważne niebezpieczeństwo.
Pojmowanie narodu przez kard. Wyszyńskiego nie miało nic wspólnego z nacjonalizmem. W drugim „Kazaniu świętokrzyskim” z 1976 r. mówił: „Umiłowane dzieci Boże, jeżeli mówię o narodzie, o miłości do narodu, to pragnę, żebyście nigdy tego rozumieli jako popieranie przeze mnie jakiejś formy nacjonalizmu”. Podkreślał potrzebę otwartości na inne narody.
To był człowiek twórczy. Nie ograniczał się, jak niektórzy z nas, do cytowania fragmentów papieskich encyklik. Nauczaniu społecznemu Kościoła nadawał oryginalną formę, biorąc pod uwagę konkretną otaczającą rzeczywistość. Nauczanie to wyrażał podobnie jak Paweł VI w liście apostolskim „Octogesima adveniens”, który mówił, że zadaniem papieża nie jest danie konkretnej recepty, która będzie właściwa dla całego świata, lecz zachęcał do odpowiedzi na konkretne „znaki czasu” związane z daną kulturą i sytuacją życiową. W takim pojmowaniu społecznego nauczania Kościoła Wyszyński był bardzo nowoczesny, bliski duchowi Soboru Watykańskiego II.
Warto podkreślić inne nowatorskie elementy nauczania społecznego kard. Wyszyńskiego, które zostały zapomniane, a mogłyby być dziś cenną inspiracją. Kiedy np. mówił o programach demograficznych, a w latach 60-tych był już to problem w Polsce – to proponował rozważenie czy ojcu i matce, którzy maja 4 czy 5 dzieci nie dać kilku więcej głosów w wyborach, w odróżnieniu od tych, którzy mają jedno dziecko albo żadnego.
Następna sprawa, którą podejmował w swoich rozważaniach, to praca kobiet. Mówił, że zarzuca się Kościołowi, iż postrzega kobiety jako „pracujące w kuchni, zajmujące się dziećmi i chodzące do Kościoła” „Kinder, Kirche und Kueche”. Nie był zwolennikiem ograniczania kobiet do tego. Podkreślał, że kobieta ma prawo do pracy zawodowej, do kariery uniwersyteckiej, ale przy tym nie powinna rezygnować ze swej pierwotnej misji bycia żona i matką. Postulował nawet rozważyć, czy kobieta pracująca zawodowo na pół etatu nie powinna otrzymywać pensji za cały.

- Nawet dziś rządy „dobrej zmiany” nie idą tak daleko…

- Stąd wyciągam wniosek, że był to człowiek, który był oryginalnym myślicielem, rozwijającym tradycyjny kanon katolickiej nauki społecznej. Może lepiej powiedzieć, że nie ograniczał się to teorii, ale proponował konkretne rozwiązania praktyczne wskazań społecznego nauczania Kościoła w konkretnej rzeczywistości. I to mnie u niego fascynuje. Właśnie tego nam dzisiaj brakuje! Jesteśmy zbyt teoretyczni.

- Co w zakresie popularyzacji społecznej myśli kard. Wyszyńskiego może przynieść zbliżająca się jego beatyfikacja?

- Prorockim znakiem jest dla mnie to, że w spotkaniach z wykładowcami nauki społecznej Kościoła kard. Wyszyński mówił o wielkim kryzysie tej dyscypliny. Mówił, że wielu księży i świeckich chce być socjologami a nie interesują się nauką społeczną Kościoła. Dzisiaj jest to samo. Mamy wielu „specjalistów” politologów, a niewielu zajmujących się nauką społeczną Kościoła. Jako owoc beatyfikacji postulowałbym powołanie katolickiej Akademii Społecznej, szkolącej liderów ruchów, wspólnot i dzieł, nie wyłączając także i polityków. Akademia taka winna zgłębiać nauczanie społeczne kard. Wyszyńskiego, a przede wszystkim nauczanie społeczne Kościoła, które także dzisiaj jest w wielkim kryzysie. Powinniśmy upowszechnić w jej ramach nauczanie społeczne Kościoła przedłożone w Kompendium nauki społecznej Kościoła i ubogacić je nauczaniem zawartym w encyklice Benedykta XVI „ Caritas in veritate” oraz w encyklice Franciszka „Laudato si”.
Nawet duchowni nie za bardzo się tymi tematami interesują, a społeczeństwo tego nauczania po prostu nie zna. Do tego stopnia, że jeśli ktoś je prezentuje, naraża się na zarzut „mieszania się do polityki”. W wielu krajach takie akademie działają. Jestem przekonany, że powinien być to jeden z owoców beatyfikacji kard. Stefana Wyszyńskiego. Nie powinniśmy ograniczyć beatyfikacji do uroczystości kanonizacyjnej i do modlitewnego kultu. Jestem przekonany, że kard. Wyszyński byłby tym głęboko zasmucony. Smutku i cierpienia miał wystarczająco dużo na ziemi. Powiedział przecież: „moje życie było jednym Wielkim Piątkiem”. Nie przedłużajmy tego Wielkiego Piątku!

- Dziękuję za rozmowę.

2020-02-19 09:29

Ocena: +3 -1

Reklama

Wybrane dla Ciebie

„Myśląc z Wyszyńskim” nt. „Dlaczego Prymas Tysiąclecia? Co zawdzięczamy kard. St. Wyszyńskiemu?”

[ TEMATY ]

kard. Stefan Wyszyński

bp Piotr Jarecki

Materiał prasowy

Dziś rozpoczyna się w Warszawie cykl debat "Myśląc z Wyszyńskim", będący przygotowaniem do beatyfikacji Prymasa Tysiąclecia. Rozmawiamy z bp. Piotrem Jareckim, który jest za nie odpowiedzialny. Dzisiejsze spotkanie zatytułowane jest: „Dlaczego Prymas Tysiąclecia? Co zawdzięczamy kard. Stefanowi Wyszyńskiemu?” Rozpocznie się o godz 18. w rezydencji arcybiskupów warszawskich.

KAI: „Myśląc z Wyszyńskim” – ten zorganizowany z inicjatywy archidiecezji warszawskiej cykl spotkań to jedna z form przygotowania wiernych do beatyfikacji kard. Stefana Wyszyńskiego. Dlaczego to przygotowanie jest takie ważne?

Bp Piotr Jarecki: Bardzo ważne jest, by tematu świętości nie ograniczać do jakiś jednorazowych wydarzeń, ceremonii. Przygotowanie powinno nam pomóc w głębszym przeżyciu tej rzeczywistości w Kościele. Z inicjatywy archidiecezji organizowane są zasadniczo dwa, komplementarne wobec siebie cykle spotkań. Każdego 28 dnia miesiąca w katedrze, tam gdzie spoczywa kard. Wyszyński , będzie celebrowana Msza św. ze stosowną homilią. Zresztą te celebry odbywają się już od dłuższego czasu. Po Eucharystii odbędzie się wykład poświęcony konkretnemu tematowi z nauczania przyszłego błogosławionego. Te modlitewne spotkania będą okazją, by przyjrzeć się głębokiej duchowości kard. Wyszyńskiego, jego zanurzeniu w Bogu, zawierzeniu Chrystusowi przez Maryję.
Cykl „Myśląc z Wyszyńskim” rozpoczynamy już 21 listopada. Spotkania odbywać się będą w każdy trzeci czwartek miesiąca, od listopada do maja. Będzie to próba namysłu nad nauczaniem Prymasa Tysiąclecia ale nie w sensie tylko historycznym. Chodzi o to, by światło tego nauczania spróbować rzucić na współczesne otaczające nas problemy duchowe, moralne, kościelne, społeczne.
Warto wspomnieć, że wiele różnych środowisk organizuje szereg spotkań i konferencji poświęconych przyszłemu błogosławionemu po to, byśmy się właściwie – i doktrynalnie, i ideowo, i duchowo – przygotowali na te uroczystości a następnie na kult błogosławionego biskupa.

- Jakie zagadnienia poruszane będą podczas spotkań „Myśląc z Wyszyńskim”?

-Pierwsze spotkanie zatytułowane jest „Dlaczego Prymas Tysiąclecia? Co zawdzięczamy kard. Stefanowi Wyszyńskiemu?” Prymas Tysiąclecia – to wielki tytuł, sugeruje, że był to największy Prymas w 1000-letniej historii chrześcijaństwa w Polsce. Warto się zastanowić, co zawdzięczamy mu dziś, jakie są podstawy do nadania takiego tytułu.
Kolejne tematy „Rodzina. Wyzwania i szanse współczesnej rodziny”, „Prawda antropologiczna: mężczyzną i kobietą stworzył ich”. Męskość, kobiecość, małżeństwo i rodzina – na to też trzeba rzucić światło, choćby nawiązując do tak szeroko dyskutowanych dziś, nie zawsze w sposób właściwy, problemów związanych z gender czy LGBT.
„Czas to miłość. Społeczna krucjata miłości”- jakimi zasadami powinniśmy się w życiu kierować, by używając słów II Sob. Watykańskiego, nie zagubić człowieka, żeby w tym wszystkim, co się dokonuje w systemie politycznym i gospodarczym, w kulturze, człowiek był centrum, zasadą i celem. Człowiek się nie rozwinie, jeśli nie będzie częścią wspólnoty. Kard. Wyszyński mówi „Czas to miłość”. Niektórzy mówią: „Czas to pieniądz”… Ale nie wystarczy powiedzieć „miłość”, trzeba tę miłość właściwie rozumieć, jako zakorzenienie w Bogu Miłości.
Wreszcie wielki temat pracy - „Praca – przymus czy szansa?”. Porównując tamte realia z dzisiejszymi, bardzo wiele się zmieniło, ale istota pracy wciąż jest taka sama. O podmiotowym wymiarze pracy ludzkiej Kościół naucza od dawna. Istotny jest zewnętrzny owoc pracy ale najważniejsze jest to, co dzieje się z człowiekiem podczas procesu pracy. Ten temat, o którym wiele mówił i myślał kard. Wyszyński jest dziś niesamowicie aktualny. Chodzi o właściwe rozumienie pracy i umiejscowienie jej w całym życiu człowieka i społeczeństwa.
„W służbie dobra wspólnego. Polityka, naród, państwo” – poszukamy w myśli kard. Wyszyńskiego, czegoś, co mogłoby nas w tej kwestii ukierunkować; pewnej syntezy, która mogłaby być dla nas odpowiedzią na pytania, które pojawiają się wobec wielkiego chaosu pojęciowego w tej dziedzinie. Do listy tych pojęć być może warto by było jeszcze dodać „Kościół”. Zastanowimy się, jakie są relacje między tymi rzeczywistościami.
Ostatnie spotkanie, które przypadnie w maju, będzie nawiązaniem do obchodzonej wówczas 100. rocznicy urodzin Karola Wojtyły: „Nigdy jeden przeciw drugiemu. Kard. Karol Wojtyła i Prymas Stefan Wyszyński – komplementarność charyzmatów”. Będziemy zwracać uwagę na to, co w Kościele nazywamy jednością w wielości a co jest inspiracją Ducha św. Jego dziełem jest bogactwo i różnorodność. On też sprawia, że przy różnicach można zachować jedność. Ten fenomen pokażemy na przykładzie Jana Pawła II i kard. Wyszyńskiego, postaci niewątpliwie różnych, intelektualnie, duchowo, duszpastersko, a jednocześnie potrafiących się tymi różnicami wzajemnie wzbogacać i współpracować, również dla dobra Kościoła, Polski, społeczności międzynarodowej, nas wszystkich. My tego dziś nie potrafimy! Różnice nas dzielą. Potrzebujemy wzorców, jak różnic nie przekształcać w walkę, jak się różnić w jedności.
Odnosząc nauczanie kard. Wyszyńskiego do współczesności, nie bójmy się też powiedzieć, jakie elementy tego nauczania być może się zdezaktualizowały. Być może do pewnych tematów dziś inaczej powinniśmy podejść, używać innych terminów, ponieważ żyjemy w bardzo dynamicznej cywilizacji, która ustawicznie się zmienia, obserwujemy przyspieszenie historii. Temu też warto się przyjrzeć.

- Beatyfikacja ma służyć tym, którzy żyją. W jakim sensie kard. Wyszyński, człowiek, który żył w innej epoce, pełnił funkcje dla większości niedostępne, ma być wzorem dla nas?

- Nie warto jest łączyć świętości tylko z konkretną epoka, czy funkcją w Kościele. Świętość to podstawowe powołanie każdego ochrzczonego. Ale my dziś potrzebujemy na nowo sobie uświadomić, o co w tym chodzi. Lubię mówić, że świętość to jest nade wszystko dzieło Boga w człowieku. Świętość przypomina nam, że człowiek sam sobie nie wystarcza. Świętość wskazuje na relację – relację człowieka do Boga. Relacja do drugiego człowieka jest tylko konsekwencją tej pierwszej relacji.
Człowieka, który liczy na własne siły nie stać na świętość. Nie stać go na to, dopóki się nie otworzy na Kogoś, kto go wyprzedza, jest o wiele mądrzejszy, mocniejszy, potrafi bardziej miłować. Niezależnie od naszego miejsca w Kościele – czy to świecki, czy zakonnik, czy biskup – wszystkich nas jednoczy chrzest święty, który jest wezwaniem i uzdolnieniem do nawiązywania głębszej relacji z Bogiem.
Czego nas uczy kard. Wyszyński? - Przeżywania swojej ludzkiej słabości, grzeszności i oddawania jej mocy uświęcającego Boga. Uczy nas bezgranicznego zawierzenia Bogu, odkrywania Jego woli i posłuszeństwa jej.
Na świętość też można patrzeć, jako na kontynuację dzieła wcielenia. Trzeba to oczywiście dobrze rozumieć. Bóg stał się człowiekiem w konkretnym człowieku, w Jezusie., który jest Chrystusem – prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem. W nim raz na zawsze zbawił świat. Ale to zbawienie trwa - trwa także w człowieku i przez człowieka. Święty to jest ktoś, kto jest zjednoczony z jedynym Zbawicielem, Jezusem Chrystusem. Gdy zaczyna się z Nim utożsamiać, przez niego Jezus Chrystus zaczyna działać. W ten sposób ludzie, zjednoczeni z Bogiem pomagają Bogu kontynuować dzieło zbawienia. To dokonuje się przede wszystkim poprzez świętych. Dokonywało i dokonuje się – jak wierzymy – przez błogosławionego kard. Wyszyńskiego.
Wezwany jest do tego każdy chrześcijanin ale my mamy z tym wielkie problemy. Święci potrafią współpracować z łaską, która została im dana. Dlatego odkrywają swoją misję życiową jak najlepiej rozumianą. Życie przeżywane w kategorii misji w oderwaniu od Boga prowadzi do wielkich nieszczęść. Natomiast misja życiowa w łączności z Panem Bogiem – to pomoc w zbawianiu świata i źródło życia szczęśliwego.

- Świętość, o której Ksiądz Biskup mówi dokonuje się głęboko w sercu każdego człowieka. Kościół naucza jednak, ze mamy naśladować świętych. W jaki sposób naśladować kard. Wyszyńskiego?

- Pierwsza sprawa to odkrycie swojego życiowego powołania. Kard. Wyszyński tak właśnie musiał podchodzić do swojego życia. Dla nas to jest trudne. Podejrzewam, że niewielu z nas tak do tego podchodzi, pyta się, jaki jest zamysł Boga względem mojej osoby. Kard. Wyszyński uczy nas takiego podejścia. Nie oszczędzał się, gdyż miał poczucie misji, którą otrzymał od Boga.
Warto podkreślić jego wielką miłość i nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny. On nie podchodził do Maryi historycznie. Wierzył, że jest obecna, prowadzi do Chrystusa i z Nim jednoczy. Jest Matką wiary, jest Matką Kościoła.
Kard. Wyszyński właściwie rozumiał Kościół – z jego blaskami i cieniami. Wierzył, że w Kościele jest Chrystus, który go nie opuści, mimo ludzkich słabości. Powiedział „Całe moje życie było jednym Wielkim Piątkiem”, ale nie załamał się w obliczu trudności, nawet w więzieniu. Swą ponadludzką zdawałoby się siłę, czerpał odpowiadając na wezwanie Boga. Nie był pesymistą, wierzył że miłość nadprzyrodzona, płynąca z Ofiary Chrystusa - jest zwycięska.
Ważna wskazówka na dzisiejsze czasy to również – nie ulegać atomizacji, indywidualizmowi, osadzać życie we wspólnocie i przeżywać jego relacyjny wymiar. Dziś obserwujemy dwie tendencje. Jedną jest indywidualizm, ucieczka do „własnej izdebki”, drugą – rozpłyniecie się w globalizmie. Kard. Wyszyński zwracał uwagę na znaczenie wspólnoty, jaką jest naród, kulturowa zbiorowość, idąca przez dzieje, przekazująca z pokolenia na pokolenie zasady, tradycje, wiarę i inne wartości. Z czwartego przykazania Bożego wyprowadzał miłość do Ojczyzny, głosił tę miłość i do niej wychowywał.
Prymas Wyszyński miał wielki szacunek dla drugiego człowieka, umiał przebaczać. Świadkowie mówią, że każdemu wybaczył i to nie tylko słownie. Modlił się za Bieruta. My mamy z tym problem. Modlimy się codziennie „i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom…” ale tak naprawdę, zwłaszcza, jak ktoś kilka razy nadepnie na odcisk – to jest bardzo trudne… Tego możemy się uczyć od kard. Wyszyńskiego.
Ale przede wszystkim – jak powiedziałem – uczył nas bezgranicznego zawierzenia Bogu, Jego Mocy Miłości oraz oddawania wszystkich swoich problemów, słabości, grzechów przekształcającej potędze Miłości Chrystusowej Ofiary Krzyża.

- Jak wyglądać będą spotkania z cyklu „Myśląc z Wyszyńskim”?

- Spotkania odbywać się będą raz na miesiąc. Przygotowywane będą przez poszczególne środowiska – UKSW, Papieski Wydział Teologiczny, Instytut Prymasowski, Centrum Myśli Jan Pawła II oraz Muzeum Jana Pawła II i Kard. Wyszyńskiego. Za każdym razem przewidziany jest udział 3 prelegentów, którzy wymienią się opiniami, by potem odpowiadać na pytania uczestników. Do udziału zaproszeni są wszyscy, a zwłaszcza środowiska uniwersyteckie i laikat katolicki. Debaty śledzić będzie można on-line na stronie archidiecezji warszawskiej.

Zobacz zdjęcia: Myśląc z Wyszyńskim
CZYTAJ DALEJ

“Kluczowe znaczenie miał (...) upadek obyczajów i kryzys wartości.” [ROZMOWA]

2020-07-12 08:00

www.fotolia.com

Europa Zachodnia przeszła długą drogę. Od pogaństwa do katolicyzmu, by dziś coraz bardziej kierować się ku pozbyciu się swoich chrześcijańskich korzeni. Mimo, że w wielu krajach jest coraz mniej osób wierzących w Chrystusa, przeszłość bycia Kościoła w przestrzeni publicznej jest obecna. O Patronie Europy, św. Benedykcie z Nursji, Europie jego czasów, problemach współczesnej Europy - rozmawiamy z Jakubem Jóźwiakiem - dziennikarzem Radia Maryja oraz Wojciechem Grzywaczem - politologiem.

ks. Łukasz Romańczuk: Wspominaliśmy wczoraj św. Benedykta z Nursji. Żył on na przełomie V i VI wieku. Jaka była wtedy Europa?

Wojciech Grzywacz: To była Europa tuż po upadku Cesarstwa Zachodniorzymskiego. Koniec tego wielkiego imperium miał drastyczny wpływ na ówczesny porządek społeczno-polityczny, to był dla żyjących wówczas ludzi szok, bo nie znali oni innego świata niż ten pod panowaniem Rzymian. Przede wszystkim wykształciły się nowe państwa bliższe temu, co nazywamy państwami narodowymi. Jednocześnie na znaczeniu zyskiwało Cesarstwo Bizantyjskie. Chrześcijaństwo już wiek wcześniej stało się religią narodową Imperium Zachodniorzymskiego i mimo jego upadku nie przestało się rozprzestrzeniać.

Jakub Jóźwiak: Zgadzam się z tym, co mówi Wojtek. Warto zauważyć, że na terenach dawnego Cesarstwa Zachodniorzymskiego osadzają się liczne plemiona barbarzyńskie. Mamy np. Longobardów na północnej Italii, Franków we Francji oraz Wizygotów w Hiszpanii. Na Bałkanach pojawiają się Awarowie oraz Słowianie. Wszystkie te ludy są pogańskie i niektóre z nich przez długi czas stawiały opór chrystianizacji. Z resztą same chrześcijaństwo wydaje się przeżywać wewnętrzny kryzys w postaci licznych herezji. Co prawda te najbardziej znane, czyli arianizm, nestorianizm i monofizytyzm istnieją już od kilku wieków i zostały potępione, jednak ciągle mają rzesze wyznawców. Mimo to, Kościół zyskuje coraz więcej wyznawców.

ks. Ł.R.: Mówimy, że współczesna Europa boryka się z wieloma problemami. A z czym musieli się zmierzyć europejczycy VI wieku?

W.G.: Musieli się zmierzyć przede wszystkim z poukładaniem na nowo porządku w Europie po upadku Rzymu. Zarazem Europa wciąż borykała się z tym, co wpłynęło na upadek Cesarstwa, a więc wędrówkami ludów i najazdami barbarzyńców. Europejczycy zamieszkujący tereny Imperium musieli także pogodzić się z gorszymi warunkami życia na skutek tak istotnych zmian geopolitycznych. Jednak kluczowe znaczenie miał, podobnie jak dzisiaj, upadek obyczajów i kryzys wartości.

J.J.:. Ponadto mamy również kryzys kulturowy, ponieważ religie germańskie bardzo się różniły od wiary chrześcijan. Z jednej strony mamy krwawe rytuały, ofiary z ludzi, rozpustę itd a z drugiej strony mamy naukę o miłości wobec bliźniego, nawracaniu się i głoszeniu Ewangelii.

ks. Ł.R.: Są to czasy krótko po upadku Cesarstwa Rzymskiego. Europa zrobiła wtedy kilka kroków wstecz?

W.G. Wskazałbym tutaj na dwie rozmaite postawy świętych tamtych czasów. Z jednej strony św. Hieronim, który rozpaczał, że nadchodzi koniec świata, a z drugiej św. Augustyn, który zdawał sobie sprawę z przemijalności rzeczy doczesnych. Biskup Hippony właśnie ukazuje, aby nie przywiązywać się zbytnio do postaci tego świata, bo nasz ostateczny cel nie jest na ziemi. Nie da się zbudować idealnego państwa, bowiem dzieła ludzkie upadają, gdyż ludzie skażeni są grzechem pierworodnym – mówił św. Augustyn. Wydawało się przecież, że upadek Cesarstwa to tragedia, koniec świata, a przecież ostatecznie okazało się, że chrześcjaństwo zaczęło się jeszcze bardziej rozprzestrzeniać. To właśnie w średniowieczu, które rozpoczęło się upadkiem Cesarstwa chrześcijaństwo było najsilniejsze i przez to również ten okres nie był, jak to się dzisiaj mówi, „wiekami ciemnymi”, ale czasem wielkiego rozkwitu. Zatem ja spojrzałbym na to w pozytywnym kontekście. Boża Opatrzność działa i nawet na gruzach może powstać coś dobrego.

ks. Ł.R.: W 1964 roku, papież Paweł VI mianował św. Benedykta z Nursji Patronem Europy. Jak ten święty może dziś wskazywać drogę współczesnym Europejczykom?

W.G. Św. Benedykt może nas nauczyć przede wszystkim wielkiej pokory, która jest zaprzeczeniem, moim zdaniem, jednego z największych współczesnych grzechów, czyli pychy. Od przyjęcia postawy pokory zaczyna się nawrócenie. Jak wspomniał na jednej ze swych katechez papież Benedykt XVI, patron jego pontyfikatu musiał się zmierzyć z 3 podstawowymi pokusami: autoafirmacji, zmysłowości oraz gniewu i zemsty. Ojciec święty mówi, że dopiero po uporządkowaniu tych spraw św. Benedykt mógł głosić innym Słowo Boże. Myślę, że pośród wielu inspirujących cech patrona Europy na dzisiejsze czasy niezwykle aktualna jest właśnie ta postawa „uporządkowania” samego siebie.

ks. Ł.R.: Gdy św. Benedykt został Patronem Europy mapa chrześcijaństwa europejskiego wyglądała zupełnie inaczej. Co spowodowało, że Europa, zwłaszcza zachodnia odeszła od swoich korzeni?

J.J.: Przyczyn jest wiele. Najlepiej tę sprawę opisał prof. Grzegorz Kucharczyk w książce: “Chrystianofobia. 500 lat nienawiści do Jezusa i Kościoła”. Pierwszą oznaką, że Europa odchodzi od korzeni to zapoczątkowana przez Marcina Lutra reformacja, czyli oficjalne wystąpienie przeciwko Papieżowi. Można powiedzieć, że Luter zniszczył pewną jedność wśród mieszkańców Europy Zachodniej – czyli wspólny mianownik jakim był katolicyzm. Następną przyczyną był cały okres oświecenia, gdzie rodzą się m.in nurty deistyczne oraz ateistyczne. Coraz więcej osób odrzuca naukę Kościoła uznając ją za przestarzałą, “nieatrakcyjną”, dominuje racjonalizm, czyli przekonanie, że wszystko można pojąć ludzkim rozumem a że Boga nie jesteśmy w stanie pojąć to uznajemy, że Go po prostu nie ma. To czas, kiedy rodzi się masoneria, którą potępiali papieże począwszy od Klemensa XII, który w konstytucji In Eminenti podkreślił, że stanowi ona niebezpieczeństwo dla bezpieczeństwa wewnętrznego państwa a także zagroził katolikom, pod groźbą ekskomuniki, przynależności do lóż masońskich. Ponadto pod koniec XVIII w. mamy rewolucję francuską, czyli bunt mas kierowanych przez jakobinów z Maximillienem de Robespierrem na czele przeciwko królowi, ale także przeciwko Kościołowi - najlepszym dowodem jest rzeź ludności z Wandei, która jest przemilczaną zbrodnią, nie zawaham się użyć słowa “ludobójstwo”, wszak to co spotkało tych mieszkańców najlepiej pokazuje, do czego człowiek jest w stanie się dopuścić kiedy odrzuca wiarę i moralność. Następnie mamy niebezpieczne filozofie głoszone przez Fryderyka Nietschego, Fryderyka Engelsa oraz Karola Marksa, które zostaną potem “wcielone” m.in przez Włodzimierza Lenina, Józefa Stalina czy Adolfa Hitlera. Natomiast “najświeższą” przyczyną to niewątpliwie rewolucja seksualna z 1968 r. w tym narzucanie edukacji seksualnej oraz ideologii LGBT.

ks. Ł.R.: Możemy mówić o europejskim kroku wstecz jeżeli chodzi o świadomość wiary?

J.J.: To nie jest tylko jeden krok, ale kilka kroków. Moim zdaniem, mentalnie wróciliśmy do czasów pogan z Cesarstwa Rzymskiego, z tym że jest pewna różnica. Wtedy ludzie byli prześladowani za swą wiarę, jednak nie wstydzili się jej. Obecnie mamy inny rodzaj “prześladowania”. Mianowicie, często my, jako katolicy, chrześcijanie, jesteśmy uważani m.in za ludzi “zacofanych” i to sprawia, że boimy się przyznać do Boga w obawie przed reakcją innych. To smutne, że kiedyś ludzie nie wstydzili się swej wiary, byli gotów za nią nawet umrzeć i wiele wycierpieć aby nie wyprzeć się Chrystusa a obecnie boimy się manifestować swoją wiarę bo “co powiedzą o mnie inni?” lub żeby nie daj Panie Boże kogoś urazić swoimi wartościami. To źle świadczy o naszej kondycji duchowej, jak i mentalnej.

ks. Ł.R.: Św. Benedykt był znany z dyscypliny i szacunku do człowieka, a jak te dwie cechy są realizowane przez europejczyków XXI wieku?

W.G.: Dyscyplinę zastąpił hedonizm, a szacunek do człowieka przybiera formę błędnie pojmowanej tolerancji. Taka jest smutna rzeczywistość. Skrajny indywidualizm spod hasła „Róbta co chceta” nie sprzyja zdrowej dyscyplinie promowanej przez św. Benedykta. Dyscyplina bowiem wymaga wysiłku nie tylko cielesnego, z którym dzisiaj nie jest tak źle, ale również duchowego. Szacunek natomiast często przepełniony hipokryzją, bo nie przysługuje każdemu, ale tylko tym, w przypadku których nam to „leży”. Bardzo często szacunku brakuje w stosunku do katolików, a jednocześnie przybiera on formę aprobaty nawet dla niemoralnych czynów u wszystkich innych. Krótko mówiąc, szacunek przynależny każdemu człowiekowi traktowany jest przez europejczyków XXI w. często w sposób wybiórczy.

J.J.: Myślę że u wielu osób słowo “dyscyplina” jest słowem obcym. Staliśmy się leniwi o czym mówił Ojciec Święty Franciszek w 2016 r. w Krakowie podczas Światowych Dni Młodzieży. Co do “szacunku do człowieka”? Cóż, z jednej strony tyle się mówi, by szanować czyjeś poglądy, orientację itd. a często jest tak, że jedna grupa narzuca drugiej swoje przekonania i trzeba się z nimi pogodzić w przeciwnym razie możemy liczyć się z wykluczeniem społecznym.

ks. Ł.R.: Dużo w mediach mówi się o tolerancji, akceptacji, a mimo to pojawia się dużo nienawiści. Skąd to się bierze? Może sama tolerancja i akceptacja są zbyt płytkimi pojęciami, bo patrząc nawet z perspektywy chrześcijaństwa, miłość, godność, szacunek to o wiele większe wartości.

W.G.: Problem w tym, że dzisiaj pojęcia tolerancji i akceptacji stosowane są zamiennie, a przecież wcale nie są synonimami. Tolerancja pochodzi od łacińskiego czasownika tolerare, który oznacza znosić, wytrzymywać. Jest to zatem postawa naszej wyrozumiałości i cierpliwości wobec czegoś, z czym się nie zgadzamy. Akceptacja jest natomiast pojęciem idącym dalej, bo oznacza ona aprobatę dla danych działań. Można wyróżnić jeszcze coś takiego jak afirmacja, która jest wręcz promowaniem określonych postaw. Obserwujemy dzisiaj olbrzymi zamęt w kwestii wymienionych pojęć, które są napełniane określoną treścią w zależności od potrzeb. Pełnią one rolę wytrychów. Natomiast przytoczone przez księdza chrześcijańskie pojęcia pochodzą kolokwialnie mówiąc z innej ligi i mają w sobie pewien element nadprzyrodzony. Być może dzięki temu one jeszcze się w miarę ostały, chociaż próbuje się je także przeformatować dla doraźnych potrzeb różnych środowisk.

ks. Ł.R: Dużo mówi się o integracji europejskiej. Patrząc z perspektywy Roberta Schumana czy Karola Adenauera, którzy zapoczątkowali ten ruch, chcieli oni budować na fundamencie chrześcijańskim. Mija ponad 50 lat i okazuje się, że niewiele pozostało z ich ideałów? Jak to możliwe?

W.G.: Niebagatelny wpływ na to miał komunizm, który oczarował swego czasu wielu tzw. intelektualistów i innych wpływowych ludzi. I ten zachwyt trwa nadal, może nie jest on wyrażany wprost, ale jednak. Myślę, że jednym z czynników, które wpłynęły na zarzucenie chrześcijańskich ideałów ojców założycieli była także zwyczajna nienawiść do Kościoła. Nie jest żadną tajemnicą, że taka jest rzeczywistość. Nasza religia jest po prostu zbyt wymagająca – wystarczy wspomnieć chociażby całkowite odrzucenie tak rozpowszechnionej w polityce zasady, iż cel uświęca środki. Budowanie na innych ideałach niż chrześcijańskie jest prostsze, jednak tylko w krótkoterminowej perspektywie, bo przecież patrząc dalej na szali stawiamy nasze zbawienie.

J.J.: Ponieważ obecne unijne elity realizują inną koncepcję integracji europejskiej. Opiera się ona na “Manifeście z Ventotene”, którego autorami są m.in komunista Altiero Spinelli oraz Ernesto Rossi. Tam jest napisane wprost, że należy zniszczyć państwa narodowe oraz zwalczać Kościół Katolicki. A jak działają dzisiejsi kluczowi politycy UE, każdy widzi. Co ciekawe, ponieważ przez moment byłem na stażu w Parlamencie Europejskim w Brukseli, chciałbym zwrócić uwagę, że główny budynek parlamentu nosi nazwę Altiero Spinelliego, który coraz częściej jest uznawany za jeden z ojców UE. Jeżeli takie osoby, jak wspomniany przed chwilą Spinelli, mają być wzorcem dla “nowej Europy”, to ja takiej Europie podziękuję. To smutne, że tak szybko zrezygnowano z chrześcijańskiej koncepcji integracji europejskiej według Roberta Schumana i Karola Adenauera na rzecz ateistycznej, “nowoczesnej” Europy autorstwa Altiero Spinelliego i Ernesto Rossiego. Z resztą te zagadnienia są poruszane w najnowszym cyklu reportaży “Demaskowanie Integracji Europejskiej”, którego reżyserami są moi koledzy Robert Zawadzki i Damian Krzal. Odcinki te ukazują się w piątki na antenie Telewizji Trwam o godz. 17:30, można je również odnaleźć na YouTubie, na kanale Antykultura.

ks. Ł.R.: Dużo mówi się o ideologiach, które budują na neomarksizmie. Skąd takie zamiłowanie w tym nurcie?

W.G.: To nurt tak samo szkodliwy jak marksizm, jednak bardziej skuteczny w realizacji swoich założeń. Wielka popularność neomarksizmu wiąże się z tym, że jego metody są niezwykle wyrafinowane i pozbawione przemocy. Jednym z narzędzi jest obserwowana przez nas redefinicja podstawowych pojęć, chociażby wspomnianej już tolerancji. Ponadto neomarksizm jest także niezwykle wygodnym prądem, gdyż zakłada totalną wolność pozbawioną wszelkiej odpowiedzialności – są tylko prawa, a brakuje obowiązków.

ks. Ł.R.: Epidemia COVID-19 sprawiła, że w wielu krajach pozamykano kościoły, mimo że centra handlowe w tych państwach były pootwierane. Co mogło być powodem, że tak łatwo uznano, że miejsca modlitewne są niepotrzebne?

W.G.: Wiąże się to przede wszystkim z uznaniem niekonieczności Boga we współczesnym świecie. To człowiek ma być w centrum, a religia jest zepchnięta na dobrowolny margines. Nie zmienia to faktu, że człowiek jest z natury istotą religijną. Widać to doskonale chociażby po popularności różnego rodzaju wróżbiarstwa, duchowości wschodniej i innych tego typu niebezpiecznych praktyk na zachodzie. Bóg został zapomniany, ale tę pustkę trzeba było czymś zapełnić. To dlatego centra handlowe pozostały otwarte, bo one są współczesnymi świątyniami – świątyniami bożka pieniądza.

ks. Ł.R.: A może to stworzy pewnego rodzaju precedens. Raz udało nam się zamknąć to może w sytuacjach kryzysowych ponownie takie decyzje zapadną?

W.G.: Trafił ksiądz w samo sedno. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że świat nie ma dzisiaj większego wroga niż Kościół, bo jest on dla niego wyrzutem sumienia, który chce się za wszelką cenę uciszyć. Dlatego każdy pretekst jest dobry, aby w jakiś sposób właśnie Kościołowi zaszkodzić. Myślę też, że gdyby nasza postawa - świeckich, ale także duchownych, była bardziej odważna, moglibyśmy uniknąć takiej sytuacji. To może być dla nas przestroga na przyszłość.

ks. Ł.R: Co Europa powinna zrobić, aby całkowicie nie zatracić korzeni chrześcijańskich?

W.G.: Potrzeba przede wszystkim wielkiej aktywności wśród nas, chrześcijan i wszystkich ludzi dobrej woli, którzy uznają, że cywilizacja łacińska jest bezcennym skarbem Europy. Wszelkie zło może się panoszyć dopiero wtedy, kiedy dobrzy ludzie siedzą z założonymi rękoma i nie reagują. Musimy zatem odważnie prezentować nasze wartości i nie pozwolić sobie zamknąć ust. Nie możemy zredukować naszej wiary jedynie do sfery prywatnej, ale także być świadkiem Chrystusa dla wszystkich wokół. Bardzo prawdopodobne, że już nie powrócimy do tego, co było kiedyś, jednak nie możemy się poddawać. Chrześcijanin to człowiek nadziei.

J.J.: Przede wszystkim musi, tak jak powiedział Ojciec Święty Franciszek w Krakowie podczas Światowych Dni Młodzieży w 2016 r. “wstać z kanapy”. Następnie uznać swą słabość oraz fakt, że bez Boga nie jesteśmy w stanie sobie poradzić. Co najważniejsze, i to pomijają protestanci, powinniśmy zwrócić się o pomoc do naszej najlepszej orędowniczki, jaką jest Najświętsza Maryja Panna. Ona jest naszą Matką, która uprasza wiele łask u Boga. Powinniśmy się modlić za jej przyczyną. Co zrobili dwaj najbardziej znani hierarchowie w Polsce: św. Jan Paweł II oraz ks. Kard. Stefan Wyszyński? Obaj zaufali w pełni Maryi: Papież-Polak przecież za swoją dewizę obrał słowa Totus Tuus, czyli Cały Twój natomiast Prymas Tysiąclecia nie raz mówił, że wszystko postawił na Maryję. I my powinniśmy tak uczynić. Reasumując, “wstać z kanapy”, uznać naszą słabość, przeprosić Boga za naszą zarozumiałość oraz brak wiary i modlić się do Niego za przyczyną Bogurodzicy Dziewicy Maryi.

ks. Ł.R.: Gdyby św. Benedykt z Nursji popatrzył na współczesną Europę to…..

W.G.: Niewątpliwie św. Benedykt zintensyfikowałby swoje wysiłki wokół hasła ora et labora – jeszcze bardziej pracowałby przede wszystkim nad naszą kondycją moralną i jeszcze bardziej modliłby się o nową wiosnę wiary w Europie. Jednak humorystycznie mówiąc nie wiem, czy w przypadku św. Benedykta dałoby się jeszcze bardziej...

CZYTAJ DALEJ

Chiny: biskup "podziemny" - Kościół musi być otwarty także na niepełnoletnich

2020-07-13 08:19

[ TEMATY ]

Kościół

Chiny

otwacie

Adobe Stock

Kościół winien być otwarty na wszystkich, także na młodych poniżej 18. roku życia – powiedział bp Giulio Jia Zhiguo, "podziemny" katolicki ordynariusz diecezji Zhengding (w prowincji Hebei, ok. 300 km na północny zachód od Pekinu).

Była to jego reakcja na propozycję władz miasta Jinzhou (północno-wschodnia nadmorska prowincja Liaoning), że pozwolą mu podjąć działalność kościelną po kwarantannie, spowodowanej koronawirusem, ale pod warunkiem zakazu wstępu do kościołów nastolatków.

Ze względu na pandemię wszystkie świątynie w Chinach pozostają zamknięte od końca stycznia br. Na początku czerwca rząd zezwolił na otwarcie niektórych z nich, ale na różnych warunkach uzasadnianych względami bezpieczeństwa. Front Zjednoczony – fasadowa organizacja, skupiająca 8 drobnych partii politycznych, zarządzana przez Komunistyczną Partię Chin, która kieruje działalnością wspólnot religijnych – wykorzystał jednak ponowne otwarcie kościołów do szantażowania diecezji Zhengding, uznanej przez Stolicę Apostolską, ale nie przez władze państwowe.

Jako warunek zażądano wydania zakazu wstępu do świątyń i katechizowania osób niepełnoletnich, który zresztą obejmuje coraz więcej prowincji i regionów Chin na podstawie Nowych Regulacji Działalności Religijnej z 1 lutego 2018. Wielu biskupów, zarówno oficjalnych (uznanych przez państwo), jak i podziemnych (uznawanych tylko przez Watykan) zwraca uwagę, że jest to sprzeczne z konstytucją chińską, która formalnie zapewnia prawo do wolności religijnej bez ograniczeń wiekowych. Rozporządzenie to stało się narzędziem tłumienia wiary w czasie, gdy społeczeństwo przeżywa silne odrodzenie religijne.

O zakazie tym mówią jednoznacznie dokumenty rządowe, regulujące uznanie przez władze personelu religijnego (biskupów i księży) i zarejestrowanie miejsc kultu. Wielu biskupów, pragnący uznania oficjalnego, podpisało taki dokument, który czyni z nich funkcjonariuszy państwowych, odpowiedzialnych za przestrzeganie tego zakazu. Inni podpisali go, licząc na to, że będą mogli ominąć ten przepis.

W tej sytuacji bp Jia Zhiguo wyraził się jasno, że "Kościół jest otwarty na wszystkich, ryzykując jednak, że wszystkie kościoły jego diecezji pozostaną zamknięte.

Ten 83-letni obecnie hierarcha jest biskupem od 1980 i stoi na czele diecezji liczącej ponad 150 tys. wiernych, wśród których pracuje ok. stu księży i mniej więcej tyle samo sióstr zakonnych. Od wielu lat gości w swym domu biskupim ośrodek dla dzieci i młodzieży niepełnosprawnych, opuszczonych przez rodziny lub będących owocem restrykcji z przeszłości, związanych z polityką "jednego dziecka". Opiekuje się on nimi wraz z kilkoma siostrami.

W przeszłości dzieło to cieszyło się uznaniem ze strony rządu i osobistości zagranicznych, teraz jednak władze, chcąc zmusić niepokornego biskupa do podpisania dokumentu o oficjalnym uznaniu go, zagroziły mu, że odbiorą mu tę placówkę, ponieważ ani on, ani siostry nie mogą zajmować się niepełnosprawnymi dziećmi bez rejestracji. Już przeniesiono w inne miejsce najstarsze dzieci, pozostawiając w domu biskupim tylko te najmniejsze. Wyjaśniono, że chodzi o "kupno" sierocińca, chociaż władze nie są gotowe wyłożyć na to żadnych pieniędzy. Co więcej przechwyciłyby raczej wszelkie darowizny, jakie co roku otrzymuje ta placówka. Jeśli zakonnice nie zarejestrują się, nie będą mogły opiekować się dziećmi i będą naciskane do odesłania ich do ich miejsc pochodzenia.

Mężny hierarcha spędził ponad 15 lat w więzieniu. Od 1980, gdy został biskupem podziemnym, doświadcza nieustannych aresztowań i zatrzymań, podczas których przechodzi szkolenia polityczne. Swój urząd pełni pod całodobową kontrolą. Gdy w 2010 odzyskał wolność, otrzymał okolicznościowe pozdrowienia i wyrazy szacunku od Benedykta XVI.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję