To zdanie usłyszałam, gdy podczas odwiedzin u chorej ciotki obserwowałam panią na sąsiednim łóżku i dwie młode osoby obok. – Jak coś, to dzwoń... – rzucili na odchodnym, co mnie, naiwnej, wydawało się wyrazem życzliwości i chęci wsparcia. Niestety, gdy wychodziła ze szpitala, nie zjawił się nikt. Podobno wybierała kolejne numery w telefonie, ale bez odzewu. Zamówiła więc taksówkę, uprzejma pielęgniarka pomogła nieść bagaż. – Nie ma nic gorszego niż samotność – mówiły inne chore, świadkowie tej sceny.
Reklama
Samotności jest tak wiele wokół nas, że niektórzy mówią już o epidemii, pandemii, a nawet dżumie, słowem – o czymś totalnie wyniszczającym, o wielkiej sile rażenia. Aż 68% Polaków przyznaje się do samotności, co trzeciej młodej Polce doskwiera ona boleśnie, podobnie czują nastolatki i seniorzy. Mówią, że to starsza siostra depresji, że doprowadza do choroby, do prób samobójczych, że rozlewa się po wsiach i miasteczkach po cichu, niemal niezauważalnie, a potem bach – 68% rodaków już wie, jaki to miód. Tyle fakty. Mnie zaś zastanawia słowo „epidemia”. Bo epidemia zazwyczaj uruchamia ciąg zdarzeń, które prowadzą do jakiegoś uleczenia, do zatrzymania procesu. A w moim przekonaniu, nic takiego współcześnie się nie zdarzy. Nikt za nas nic nie załatwi ani nam nie ułatwi, nie liczmy na żaden reset. Tak rozumiem myśl przewodnią tekstu o. Jacka Salija, dominikanina, który kilka stron dalej – w temacie numeru – pisze o samotności bez tkliwości, bez użalania się nad samotnymi, bez lukru. Jego przypuszczenia, skąd się samotność bierze i dlaczego się tak panoszy, spowodują zapewne u jednych sprzeciw, u innych akceptację. Więc zapytajmy raz jeszcze: skąd się wzięła i co może zatrzymać ten wyniszczający nasze dusze i serca proces? Właśnie... dusze i serca.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Przez tysiące lat pojedynczy człowiek w zderzeniu z brutalnym światem nie miał najmniejszych szans na przeżycie, na fizyczne przetrwanie. Musiał należeć do grupy, do gromady, do jakiegoś rodu, rodziny. Istniał w siatce zależności i powinowactwa. Jagny z Chłopów nikt nie zabił. Wystarczyło ją wygnać, skazać na samotność. I czytelnikowi nie trzeba było więcej wiedzieć – zły los Jagny został przesądzony. A dziś przestawia się produkcję żywności na mniejsze porcje, dostosowuje metraż mieszkań do jednej osoby, stawia pojedyncze ławko-leżaki w parkach, oferuje wakacje dla singli itd., itp. Dziś człowiekowi żyjącemu w pojedynkę nic realnie nie zagrozi – nie zmarznie, nie zgłodnieje, nic mu na głowę kapać nie będzie. Więcej nawet, ma do dyspozycji całą gamę możliwości, żeby spełnić się towarzysko, znaleźć potencjalnych przyjaciół czy kogoś, z kim założy rodzinę. Poczynając od telefonów komórkowych, przez portale towarzyskie, na mediach społecznościowych kończąc. Ale zamiast bliżej jest nam do siebie coraz dalej i trudniej... Okazuje się, że samotność dotyczy zupełnie innej przestrzeni – i ani dobrobyt, ani poczucie bezpieczeństwa sprawy nie załatwią.
Ojciec Jacek pisze o dwóch podstawowych rodzajach samotności – o tej, która jest efektem wyboru, jak w przypadku osób konsekrowanych, i o tej, która staje się przekleństwem. „Niedobrze, by człowiek był sam” – mówi Bóg w Księdze Rodzaju. Ta ponadczasowa prawda zapisana w Biblii znajduje dziś potwierdzenie w biologii i psychologii – jesteśmy istotami społecznymi i głęboko potrzebujemy bliskości. Najgorsze to zaakceptować bycie samemu, dać się skusić myśli, że dobrze jest, jak jest, choć wszystko nas boli; że zostaliśmy skazani na samotność. Pisząc, że nie wierzę w uniwersalny lek zapobiegający owej przeklętej epidemii, mam na myśli konieczność zmierzenia się z własną samotnością w przestrzeni życia, które jest nam dane. Wyrwać chwast, nim opęta nas tak ściśle, że zasłoni drogę wyjścia. Mam nadzieję, że mądry tekst o. Jacka choć trochę tę drogę doświetli...
A tak na marginesie i już nie tak poważnie. Mierzyć się ze sobą, poznawać swoje granice i możliwości można na różne sposoby – także na pustyni, ekstremalnie gorącej i nieprzychylnej człowiekowi. Jedni zapytają: po co jechać w to piekło? Inni – zazwyczaj ciekawi życia podróżnicy, jak nasz nieoceniony Jacek Pałkiewicz – odpowiedzą: bo można!
