Jadwiga Kamińska: Minęło 45 lat od podpisania Porozumień Sierpniowych i powstania NSZZ „Solidarność”. Tysiące odważnych ludzi postanowiło przeciwstawić się złu oraz rozpocząć walkę o godność i lepsze życie.
Włodzimierz Tomaszewski: Poznański Czerwiec 1956, Gdańsk – Grudzień 1970, Radom 1976, to były wydarzenia, które przygotowywały Polskę do odzyskania niepodległości. Wizyta Ojca Świętego była takim generalnym przełomem duchowym, ale o bardzo dużym znaczeniu. Strajkujące zakłady dokonały przełomu o wielkim wymiarze. Okres powstania Solidarności nazywany jest „karnawałem”, natomiast Jerzy Kropiwnicki mówi, że było to powstanie narodowe, które dawało nam możliwość wprowadzenia demokracji i odzyskania niepodległości. Ten czas wielkiego przełomu 1980 r. jest wyjątkowy, bo było to ostatecznie zwycięskie powstanie.
Waldemar Krenc: Byłem w tym wieku, który jest najbardziej przygotowany emocjonalnie na każdą rewolucję. Pracowałem wówczas w Fonice i kiedy powstała Solidarność, to włączyłem się w ten ruch. Solidarność łączyła się przy krzyżu; w zakładach, gdzie odbywały się strajki proszono księży o Msze św. Tam, gdzie były wiara i patriotyzm, zawsze wygrywaliśmy. Po podpisaniu Porozumień Sierpniowych uwierzyliśmy, że odzyskaliśmy wolność.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Jak powstał i działał łódzki oddział NSZZ „Solidarność”?
Reklama
W.T.: Jako młody człowiek, tuż po studiach (pedagogika kulturalno—oświatowa), uznałem, że w ten ruch trzeba się włączyć. Część z osób, które pojawiły się w Solidarności, to byli przedstawiciele wcześniejszych ruchów opozycyjnych wewnątrz systemu komunistycznego. Pierwszą siedzibą organizacji było mieszkanie Grzegorza Palki przy ul. Nawrot 43, a potem była siedziba przy ul. Sienkiewicza. Pojawiłem się tam, ponieważ miałem przemyślenia, jak reformować kulturę. Grzegorz Palka był wówczas odpowiedzialny za organizację tworzącego się związku. Mnie przydzielono do grupy obsługi zebrań. Jeździliśmy na zebrania tworzących się struktur Solidarności w poszczególnych zakładach. I tak zostałem kierownikiem działu organizacyjnego, nie tylko obsługi zebrań, ale także akcji protestacyjnych, a potem także okresu wyborczego.
W.K.: W Fonice, w której pracowałem, zawiązał się również związek zawodowy „Solidarność”. Ludzie zrozumieli, że muszą grupować się przy czymś, co jest nazywane sztandarem, który później ufundowaliśmy i poświęciliśmy 6 grudnia. Wielu ubeków było wstawionych do Solidarności – mieli nas skłócać, a dokonało się to wprowadzeniem stanu wojennego.
W nocy 13 grudnia 1981 r. w Polsce wprowadzono stan wojenny, do którego władze państwowe przygotowywały się kilkanaście miesięcy.
W.T.: 13 grudnia władza wydała wojnę własnemu narodowi. Była ona przygotowywana i przeprowadzona wbrew temu, co potem głoszono, że była to konieczność, bo inaczej mogliśmy się spodziewać inwazji sowieckiej. Struktury nasze formalnie zostały zawieszone, ale w podziemiu funkcjonowały bardzo prężnie. Trójka liderów: Andrzej Słowik, Jerzy Kropiwnicki i Grzegorz Palka wykonała gigantyczną pracę, za co zapłacili wysoką cenę, kilkuletnimi pobytami w więzieniach.
Reklama
W.K.: Miałem wtedy 21 lat i to był dla mnie szok. Byłem pod siedzibą Solidarności przy ul. Piotrkowskiej. Tam było pierwsze starcie i zobaczyłem, jak to groźnie wygląda. Pamiętam jedność ludzi i agresję po obu stronach. Były rozrzucane ulotki z budynku i chyba były sklejone, bo cała paczka spadła na moje ręce. Ludzie podchodzili do mnie i brali ulotki, a ja z taką ulotką w poniedziałek przyszedłem do Foniki. To był jeden z pierwszych zakładów, który rozpoczął strajk. Później stanęła Bistona i Teofilów.
Ludzie biorący udział w strajku byli zapamiętani i ponosili konsekwencje. Nigdy potem nie zostałem wysłany po maszyny do Szwajcarii, a były cztery takie wyjazdy, a za delegacje otrzymywało się ogromne pieniądze. Generalnie stan wojenny złamał kręgosłupy niektórym Polakom, słabsi odeszli, ponieważ się wystraszyli. Nie udało im się jednak złamać naszej woli walki.
Jak powrót postkomunistów i wybór 18 listopada br. ich przedstawiciela, Włodzimierza Czarzastego na marszałka Sejmu i jednocześnie drugą osobę w państwie, wpłynie na nasz kraj?
W.K.: W 1989 r. nadal byłem członkiem Solidarności, który wierzył Lechowi Wałęsie i innym liderom, że okrągły stół to jest droga do zwycięstwa. Ma rację postkomunista Włodzimierz Czarzasty, że komuna się tam dogadała. Jego nazwisko pojawiło się w aferze Rywina, wpływie na media publiczne, koncepcje prywatyzacji oraz jako członka tzw. grupy trzymającej władzę. My zostaliśmy nieświadomie wykorzystani do tworzenia nowej elity złodziejskiej. Komuna wróciła do wolnej Polski na naszej krwi. Teraz Czarzasty ma przewodniczyć debatom w Sejmie, mówić o demokracji, przejrzystości i wysokich standardach.
W.T.: Historia zatacza koło. Włodzimierz Czarzasty jest wzorem osoby, która nie tylko nie czuje się winna za tamte czasy, ale staje się apologetą tego okresu. W obecnej chwili lewica osłabła i dzisiaj jest poniżej progu wyborczego. W poprzednim ustroju pan Czarzasty wszedł w rolę komunisty wasala i składał hołdy centrali w Moskwie, a dzisiaj stał się wasalem struktury namiestnika polskiego, czyli Donalda Tuska. I to jest powód, aby powrócić do walki o demokrację. To, co przeszła Solidarność, dzisiaj ponownie musi być bardzo silnie prezentowane i walka wciąż musi się toczyć.
