Reklama

Rodzina

21-22 września • pielgrzymka małżeństw i rodzin na Jasną Górę

Zaufać bez granic

Jak być przekonanym, że nie nasza, ale Boża wola spełnia się w życiu? Jak stawiać Boga na pierwszym miejscu? Radykalnie. Bo to zawsze się opłaca. On jest miłością, a ten, kto kocha, zawsze chce dla nas dobrze. To, co wydaje nam się dobre bez Boga, najczęściej jest fiaskiem

Niedziela Ogólnopolska 38/2019, str. 16-18

Archiwum rodzinne

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Ewa i Jacek Lichotowie, rodzice siedmiorga dzieci, katechiści, odpowiedzialni za wspólnotę neokatechumenalną w Danii, opowiadają, ile musieli przekroczyć granic, tych dosłownych oraz tych własnych, by dojść do miejsca, które przeznaczył dla nich Pan. By mogli służyć Temu, który daje życie.

Dzięki nim, choć oni zawsze zgodnie twierdzą, że tylko dzięki Panu Bogu, który ich prowadzi, na północy Danii – w Aalborgu od 10 lat istnieje wspólnota neokatechumenalna. Należą do niej: Duńczycy, Polacy, Rumuni, Słowacy, Brazylijczycy. Rok temu powstała następna – w odległym o 80 km Randers. Głoszą katechezy, w każdą środę spotykają się na Liturgii Słowa, a w soboty na Eucharystii. Są kantorami. Ewa, choć dobrze wykształcona, poświęciła swoje życie rodzinie i wspólnocie. Jacek, profesor na Uniwersytecie w Aalborgu, za swoją najważniejszą misję uważa głoszenie Ewangelii. Śmieje się z siebie, że zdarza mu się do studentów medycyny, których naucza, zwrócić słowami: Drodzy bracia i siostry...

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Wbrew sobie

Rok 1999. Jacek kończy studia – biologię molekularną na Uniwersytecie Warszawskim. Myśli o doktoracie. Dostaje propozycję we Freiburgu, na południowym zachodzie Niemiec. To duże wyróżnienie, ale pojawia się wątpliwość. Ewa, jego narzeczona, właśnie kończy trzeci rok germanistyki. Należą do Odnowy w Duchu świętym, jest im i we wspólnocie, i w Warszawie dobrze, bezpiecznie.

Reklama

Postanawiają jednak skorzystać z tej propozycji. – Było dla nas jasne, że jeśli wyjeżdżamy, to jako małżeństwo – mówi Ewa. Nie było opcji mieszkania ze sobą przed ślubem, więc Jacek wyjechał sam, Ewa wszystko przygotowywała do ślubu i wesela. Robiła prawo jazdy, pakowała się, załatwiała przeniesienie na germanistykę we Freiburgu. – Jestem osobą, która długo się zastanawia przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji, powolną. Tym razem szło jak z płatka, łącznie z przeniesieniem moich studiów. Mimo innego systemu nauczania wszystko mi zaliczono. Odczytałam to jako Opatrzność, wolę Bożą, bo to, co miałam zrobić – i w takim tempie, było sprzeczne z moją naturą, z moim charakterem – wyjaśnia Ewa.

Wzięli ślub w Ełku, rodzinnym mieście, i na trzeci dzień wyjechali do Freiburga. – Koledzy wiedzieli, że przyjadę z żoną, pięknie przystroili mieszkanie kwiatami, na stole stał szampan, a Ewa weszła tam i w płacz. Siedziała i płakała. – Bo tak naprawdę ten wyjazd dużo mnie kosztował. Miałam 22 lata, zostałam wyrwana z bezpiecznej rzeczywistości – dopowiada Ewa.

Na studiach szło jej dobrze. Ledwie jednak zdołała się przyzwyczaić do nowego miejsca, a tu promotor Jacka dostał propozycję pracy na Uniwersytecie w Aalborgu, w Danii, i chciał zabrać swoich doktorantów ze sobą. – Zbuntowałem się. Jak się potem okazało, przeciw woli Bożej. „Gdzie tam, myślę sobie, do jakiegoś Aalborga. Mowy nie ma”. Szukałem możliwości dokończenia mojego doktoratu gdzieś w okolicy, we Francji albo w Szwajcarii. Pewnego dnia mój promotor zaskoczył mnie, mówiąc: „Dzwonili do mnie z Zurychu, podobno tam załatwiasz sobie doktorat. Jesteś nielojalny”. „Jedźmy do tej Danii” – powiedziałem skruszony. Jakbym nie był sobą. Uparty, bezkompromisowy naraz spasowałem. Teraz widzę, w jaki sposób Bóg działał przez ludzi – wspomina Jacek.

Umarłe miasto

Reklama

I znowu przenoszenie, dla Ewy kolejny uniwersytet, kolejny, odmienny system nauczania. Dziekan z Uniwersytetu Aalborskiego po rozmowie stwierdził, że Ewa nie może się przenieść na germanistykę. Może natomiast zostać przyjęta na studia międzynarodowe. „Co mi z tych studiów międzynarodowych, kiedy ja chcę uczyć języka niemieckiego!” – westchnęła głośno.

Do Aalborga przyjechali w sierpniu: 16 stopni, odrapane budynki, silosy na nabrzeżu, fabryki.

– Była niedziela, wyszliśmy na spacer – wspomina Ewa. – Godzina 17, a tu ani żywej duszy. Czy tu jest jakaś godzina policyjna? – zaczęliśmy się zastanawiać. Wszystkie bary, restauracje zamknięte. W końcu coś znaleźliśmy. Zamówiliśmy makaron – rachunek 300 koron! To miasto nie jest do życia – stwierdziliśmy.

Naraz Ewa dostała list z uniwersytetu. Została przyjęta na germanistykę. Cud. Ten dziekan postąpił wbrew regułom! – Kiedy potem lepiej poznałam Duńczyków, wydało mi się to nieprawdopodobne. Oni nie postępują wbrew regułom! Tu znowu zobaczyłam działanie Boga – podkreśla.

Posłaniec Boży

Reklama

Ewa skończyła studia. Teraz czas na dzieci – zawyrokowali. Na kursie przedmałżeńskim mówiono im, że z dziećmi najlepiej trochę się wstrzymać, najpierw dobrze się poznać, nacieszyć sobą. Regulować poczęcie dziecka z kalendarzykiem małżeńskim. Tak też zrobili. – Najpierw My, studia, potem, kiedy My będziemy chcieli, będą dzieci – mówi Ewa, podkreślając słowo: My. – Guzik. Teraz my chcieliśmy, próbowaliśmy wiele razy, a tu nic. Minął rok. Pan Bóg nam pokazał, że to jednak nie my decydujemy, kiedy powstaje życie, tylko On. Od razu tak to odczytaliśmy. Myślałam, że jestem bezpłodna – śmieje się Ewa. Wtedy Jacek dostał propozycję pracy w Bazylei. W Szwajcarii poczęła się Hania. Spędzili tam trzy lata. Kontrakt się kończył. Jacek znowu szukał pracy gdzieś w Europie. Była tylko w Danii. – W tym dziadowskim Aalborgu, myślałam sobie. Ale mamy już Hanię, nie ma co wybrzydzać – wyznaje Ewa. I wrócili do Danii. Pan Bóg prowadził ich jak Izraelitów przez pustynię, dookoła, w tę i we w tę.

W kościele w Aalborgu nie było żadnej wspólnoty. Nie było nawet codziennych Mszy św., jedynie ta niedzielna. Wśród polonii znaleźli kilkanaście chętnych osób i w obecności księdza odmawiali Różaniec oraz modlili się do Ojca Pio o pomoc w założeniu jakiejś wspólnoty, jakiejkolwiek. Modlili się regularnie, raz w tygodniu. Minął rok i pojawił się w Aalborgu ks. Mikołaj Górszczyk-Kęcik. Z Drogi Neokatechumenalnej. Katechista, w znoszonym ubraniu, z długą brodą i jedną walizką w ręku. – Byliśmy w szoku, kiedy poznaliśmy tego kapłana – opowiada Ewa. – Dla niego nie było przeszkód, nie było granic, by głosić Ewangelię, założyć wspólnotę. Chodził od rodziny do rodziny, głosił dobrą nowinę. Ofiarował cały swój czas. Niebawem zorganizował katechezy, po których powstała wspólnota. To było 10 lat temu. Pan Bóg konkretnie odpowiedział na nasze pragnienie wspólnoty.

Oddaj wszystko, co masz

Ewa była już w czwartej ciąży, kiedy zawisły nad nimi czarne chmury. Stała praca w Aalborgu okazała się niestała. Nie chciano Jackowi przedłużyć kontraktu. Co robić? Pytali w modlitwie, jaka jest wola Boża. Znowu mamy się przeprowadzać? Ale dokąd? Tym razem nie było na horyzoncie żadnych perspektyw, żadnych możliwości. Jacek szukał pracy w całej Europie, łącznie z Polską. I nic. Żadnej odpowiedzi.

Reklama

– Musicie pokazać Panu Bogu, że ufacie Mu bezgranicznie – powiedział wtedy ks. Mikołaj. – Ale jak? – pytali małżonkowie. – Oddajcie biednym wszystkie swoje oszczędności, a On Wam odpowie.

– Pierwsza moja myśl – wspomina Ewa – była taka, że ks. Mikołaj zgłupiał. Jak w takiej sytuacji, gdy jedyny żywiciel rodziny właśnie traci pracę, oddać swoje oszczędności biednym? Wtedy to był dla nas skok w przepaść. Byliśmy wściekli na Mikołaja. Jak on może coś takiego powiedzieć? Jak śmie! Z jednej strony – na co Panu Bogu nasze oszczędności? Ale z drugiej – jak najpełniej okazać Mu swoje zaufanie?

Duch Święty dał im siłę, żeby skorzystać z tej – tak po ludzku rzecz biorąc – ryzykownej propozycji. Oddali wszystkie swoje oszczędności potrzebującym. – Nie minęły trzy tygodnie – opowiada Jacek – a mój szef nagle się uaktywnił. I choć wcześniej prosiłem go miesiącami o zatrzymanie mnie na stanowisku i otrzymywałem odpowiedź: „niestety, nie mam żadnej możliwości”, teraz sam biegał i wszystko załatwiał, żeby zatrzymać mnie na uniwersytecie. Dostałem nareszcie stałą pozycję, wymarzoną pracę. I to była konkretna odpowiedź Pana Boga na nasze zaufanie. I wskazówka: macie zostać w Aalborgu.

Ile dzieci? Kto decyduje?

– Jak już urodziła się Hania, wiedzieliśmy, że to Bóg decyduje, kiedy powstaje życie. Ale ile dzieci chcemy mieć – no to chyba my. Ideałem wydawała się trójka. Dwoje to może takie wygodnictwo – uśmiecha się Ewa. – Trójka to coś ponad to wygodnictwo. Idealnie. Niech będzie trójka.

Reklama

– I znowu ten ks. Mikołaj, posłaniec Boży – śmieje się Jacek. – W nocnych Polaków rozmowach mówi do nas: „A skąd wiecie, jaka jest wola Boża? Skąd wiecie, ile Bóg chce wam dać dzieci?”. – No, sami czujemy... – my na to. – To przecież nasza decyzja. „A gdzie w tym Pan Bóg? Może on chce wam dać więcej dzieci, a wy Mu na to nie pozwalacie?”.

W Ewie zrodziła się myśl, że może ksiądz ma rację. Może to nie ona powinna sama planować, ile ma mieć dzieci. Ale jak to sprawdzić? Z doświadczenia wiedziała, że pierwsza zaplanowana trójka nie poczynała się za pierwszym razem. Ewa była szczera wobec Boga: „Jeśli to Ty decydujesz, ile mamy mieć dzieci, to daję Ci tylko jedną szansę. Teraz. W następnym miesiącu już Ci jej nie dam. Już się nie zgodzę”. I począł się Damian. Udało się za pierwszym razem. Pan Bóg odpowiedział na tę ich wątpliwość.

Jeśli chcesz, zabierz Damiana

– Przyjmowanie Bożej woli nigdy nie przychodzi z łatwością – twierdzi Ewa. – To, że jesteśmy katechistami, odpowiedzialnymi za wspólnotę, nie oznacza, że zawsze z radością mówimy Bogu: tak. Żeby głosić katechezy w odległym mieście, trzeba się do nich przygotować, zostawić dzieci, zorganizować im opiekę. Trudno jest powiedzieć: „Panie, jestem do dyspozycji”. Wbrew sobie. Czujemy też swoje ograniczenia, chociażby językowe. Katechezy głosimy po duńsku. – Chciałoby się, żeby wszyscy słuchający się nawrócili, weszli do wspólnoty – dodaje Jacek. – Ale tak nie jest. Choć nawrócenie każdego pojedynczego człowieka to dla nas wielka radość, święto.

Reklama

Mają też wielką nadzieję, że swoimi postawami – Jacka na uczelni, Ewy w kontaktach z napotkanymi ludźmi w przedszkolu i w szkole – oraz tym, że są otwarci na życie i z radością je przyjmują, pokazują ludziom w tym konsumpcyjnym społeczeństwie, że można żyć inaczej.

Ewa często głosiła katechezy, będąc w ciąży albo z maleńkim dzieckiem, bo te, które karmiła, zabierała ze sobą. – To zawsze jest walka, kuszenie, żeby zaniechać głoszenia Ewangelii, bo rodzina, domowe obowiązki.

Dwa lata temu Damian był ciężko chory. Zainfekowany cały organizm, podejrzenie sepsy.

– Antybiotyki nie pomagały, z dnia na dzień było coraz gorzej. Mógł umrzeć, to było bardzo realne – opowiada Ewa. – Jacek opiekował się naszym synem w szpitalu, a ja miałam głosić katechezę o Abrahamie i Izaaku. Myślałam, że nie dam rady. Bolało mnie serce, miałam ściśniętą krtań. Ale ją wygłosiłam – o Abrahamie, który ofiarowuje Bogu Izaaka. Mówiłam prawdę, z własnego doświadczenia. Dla mnie to nie była teoria, odległa opowieść ze Starego Testamentu. Oczywiście, słuchający nie wiedzieli o mojej sytuacji, ale ja w duchu powtarzałam: „Boże, jeśli chcesz zabrać Damiana, jest Twój”, i serce mi krwawiło.

Potem ks. Davide de Nigris (on jest teraz opiekunem wspólnoty, po wyjeździe ks. Mikołaja na misję do Islandii) namaścił Damiana. I chłopiec zaczął zdrowieć. Szybko, z dnia na dzień. Pielęgniarka powiedziała do niego: „O, nareszcie antybiotyk ci pomógł”. „Nie! To namaszczenie chorych” – odpowiedział jej.

* * *

Czy Lichotowie są szczęśliwi, prowadząc takie życie? – Bardzo. Bo szczęście to nie jest brak problemów, ale wspólne w małżeństwie ich rozwiązywanie. W obecności Boga – twierdzi Jacek. – Pewnie, że przychodzą takie myśli, które na pewno są od diabła, że to wszystko na marne, ten trud głoszenia Ewangelii – dodaje Ewa. – Ale wiemy, że Pan Bóg nas do tego powołał. I odpłaca nam. Nie dostatkiem i pieniędzmi, bo te są z tego świata. Ale wiarą dzieci, pokojem serca. Swoją obecnością.

2019-09-17 14:31

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Papież podpisał piłki baseballowe i przekazał je wiceprezydentowi USA. Co otrzymał w rewanżu?

2026-08-28 10:55

Adobe Stock

Papież przekazał władzom USA... piłki baseballowe

Papież przekazał władzom USA... piłki baseballowe

Ambasador Stanów Zjednoczonych przy Stolicy Apostolskiej Brian Burch spotkał się w tym tygodniu w Waszyngtonie z prezydentem Donaldem Trumpem, wiceprezydentem JD Vance’em oraz sekretarzem stanu Marco Rubio. Rozmowy dotyczyły współpracy ze Stolicą Apostolską na rzecz pokoju na świecie i wolności religijnej.

Ambasada USA przy Stolicy Apostolskiej poinformowała o spotkaniach 27 sierpnia, publikując w mediach społecznościowych zdjęcia z wizyty. Jak zaznaczono, Burch przekazał amerykańskim przywódcom kilka piłek baseballowych podpisanych przez papieża Leona XIV 4 lipca br. Był to - jak wyjaśniono - „gest przyjaźni” z okazji 250. rocznicy powstania Stanów Zjednoczonych.
CZYTAJ DALEJ

Świdnica. Dwa Serca, jedna droga

2026-08-28 09:18

[ TEMATY ]

Świdnica

diecezja świdnicka

bp Adam Bałabuch

Peregrynacja Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej

Stanisław Bałabuch

Kopia Cudownego Obrazu została uroczyście powitana przez wspólnotę parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa na świdnickich Kraszowicach.

Kopia Cudownego Obrazu została uroczyście powitana przez wspólnotę parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa na świdnickich Kraszowicach.

Po parafii katedralnej kolejnym miejscem peregrynacji kopii Cudownego Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej była parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa na Kraszowicach. Wierni powitali Jasnogórską Panią 27 sierpnia.

Obrzędowi powitania oraz uroczystej Mszy św. przewodniczył bp Adam Bałabuch. Wraz z proboszczem ks. kan. Janem Traczem, kapłanami i licznie zgromadzonymi parafianami modlił się, aby nawiedzenie Maryi przyniosło odnowę wiary i umocniło więź z Chrystusem.
CZYTAJ DALEJ

Świdnica. Maryja przyszła do cierpiących. Niezwykłe nawiedzenie Hospicjum Ojca Pio

2026-08-28 23:45

[ TEMATY ]

Świdnica

diecezja świdnicka

Świdnica ‑ Hospicjum św. o. Pio

Peregrynacja Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej

Archiwum Hospicjum i ZOL Ojca Pio

Bp Adam Bałabuch i ks. prał. Jan Gargasewicz modlili się z podopiecznymi Domu Ojca Pio przed Jasnogórską Ikoną.

Bp Adam Bałabuch i ks. prał. Jan Gargasewicz modlili się z podopiecznymi Domu Ojca Pio przed Jasnogórską Ikoną.

Kopia Cudownego Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej nawiedziła 28 sierpnia Hospicjum i Zakład Opiekuńczo-Leczniczy Ojca Pio. Dla chorych, ich bliskich oraz personelu było to spotkanie pełne modlitwy, wzruszenia i nadziei.

Jasnogórska Ikona przybyła do placówki w samo południe, podczas trwającego nawiedzenia parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa na świdnickich Kraszowicach. Z inicjatywą, aby Maryja odwiedziła także osoby, które ze względu na stan zdrowia nie mogły uczestniczyć w uroczystościach parafialnych, wystąpił proboszcz ks. kan. Jan Tracz. Wizerunek Jasnogórskiej Pani powitali bp Adam Bałabuch oraz dyrektor NZOZ Caritas Diecezji Świdnickiej ks. prał. Jan Gargasewicz. Następnie obraz został uroczyście wniesiony do Domu Ojca Pio.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję