Reklama

Rzeczy pierwsze: odwaga i strach

Niedziela Ogólnopolska 49/2017, str. 23

Spotykam ludzi, którzy twierdzą, że były takie okresy w naszej historii, gdy odwaga była w cenie, a teraz nikt już na nią nie zwraca uwagi. Ależ bzdura, szkodliwa bzdura, bo rozgrzeszająca tchórzy! Po pierwsze – czasy zawsze są takie same, zawsze bowiem wymagają od nas wyboru między wygodną przeciętnością, wtopieniem się w tłum i nieprowokowaniem niczyjej uwagi a śmiałością wypowiadania swojego zdania, nawet wtedy, gdy taka praktyka przynosi same dolegliwości życiowe. Słowem – nigdy nie było czasów, które uwolniłyby nas od trudnego i bolesnego wyboru między odwagą i strachem.

W teoretycznej dyskusji wielu mądrych twierdzi, że odwaga cechuje jedynie głupców, natomiast ci lepiej przystosowani, mądrzejsi, potrafią się wtopić w główny nurt i spokojnie – bez niepotrzebnych dolegliwości – z nim płynąć. Ta druga postawa potrafi zresztą sama się rozgrzeszyć – przecież można płynąć spokojnie w głównym nurcie i nie robić nikomu świństw czy krzywdy. Tacy spokojni ojcowie, cenieni fachowcy, ludzie zadowoleni z własnych osiągnięć w ogóle nie zawracają sobie głowy dylematem wyboru pomiędzy strachem i odwagą. Jeśli natomiast kogoś w ich otoczeniu spotykają nagle represje za to, że szukał prawdy i nie chciał zrozumieć „życiowych konieczności” oraz „normalnych kompromisów”, to ci dobrzy ludzie po prostu pozostają bierni, nie angażują się w taką sytuację. Przecież angażowanie się w awanturę niczego dobrego przynieść nie może.

Reklama

Mam znajomego, który ma zwyczaj zawsze reagować, gdy w jego otoczeniu dzieje się coś niepokojącego. O dziwo, nie ma zbyt wielu przyjaciół i w swoim środowisku określany jest mianami pełnymi ironii. Kiedyś zapytałem go, czy nie ma ochoty choć raz pozostać bierny wobec draństwa, pomyśleć, że może tym razem ktoś inny zareaguje. Spojrzał na mnie, jakby zobaczył złego ducha. Tak mi to wyjaśnił: – Kilka razy byłem świadkiem, jak w autobusie ktoś zaczepiał kobietę, zwykle był to człek pijany lub niezbyt świadomy. Kiedy reagowałem, okazywało się, że nie tylko nie stwarzał większego zagrożenia, ale po prostu ustępował szybciej, niż by tego wymagały nawet argumenty. Wtedy widziałem wokół siebie pełne wyrzutu spojrzenia. Jak śmiałem wyłamać się z przeciętności? Przecież moja reakcja stawała się mimowolnym wyrzutem sumienia dla wszystkich wokół, tych, którzy udawali, że nic się nie dzieje, nic specjalnego nie zauważają.

Te słowa zapamiętałem, bo doskonale oddają istotę naszych codziennych kapitulacji.

Gdy mój ukochany Ziuk Piłsudski prowadził swoich strzelców na wojnę, towarzyszył temu chrzęst pospiesznie zamykanych okiennic. Od Krakowa do Kielc nie znalazło się zbyt wielu odważnych, którzy poparliby jego „szaleńczy” – jak wówczas w Galicji sądzono – projekt. Gdy w latach trzydziestych spoglądał na wypełnione „weteranami” krakowskie Błonia, gryzł wąsa z ironicznym uśmiechem i półgłosem pytał sam siebie: A gdzież wy wtedy byliście?!

Reklama

Lubimy bohaterów... ale martwych. Takich, którzy nie są w stanie sprawić nam już kłopotu. I nieprawdą jest, że kiedyś to bohaterowie rodzili się na kamieniu, a teraz nam czasy spsiały. Po prostu nasze wypisy z historii skupiają się tylko na wystrzałach energii, pięknych postawach, bohaterstwie – to utrwala się w naszej zbiorowej świadomości. Jednak i wtedy, i dziś odsetek konformistów, miłośników cuchnącego ciepełka, ludzi „bojowych” w sensie, w jakim opisywał ich Stefan Kisielewski („bojowy” to znaczy bojący się wszystkiego – śmiał się „Kisiel”), był taki sam jak dziś.

Konformiści nie przechodzą do historii – to prawda banalna. Miłośnik „świętego spokoju” może jednak rezolutnie dodać do niej następne zdanie: Może i do historii nie przechodzą, ale przeżywają. Prawda. Czy jednak stają się nieśmiertelni? Nie. Po prostu śmierć dopada ich trochę później, w mniej malowniczych pozach. I tchórze, i bohaterowie sprzed lat solidarnie dziś leżą w grobach.

Ktoś zapyta: Drogi moralisto od siedmiu boleści, czy ci bohaterowie leżą w ziemi inaczej, bardziej komfortowo niż zdrajcy, zaprzańcy czy po prostu przeciętni konformiści? Historia pamięta o wielkich czynach, istnieje jednak bohaterstwo na co dzień. Bohaterstwo czerpiące swoją siłę z modlitwy. Bohaterstwo, które de facto nie jest naszą zasługą.

Każdy z nas jest podszyty strachem, instynktem przetrwania, konformizmem wobec tłumu, skłonnością do chodzenia łatwą drogą i unikania nieprzyjemności. Czy jednak nasza spokojna deklaracja: Jestem katolikiem! – nie obliguje nas do niczego? Dlaczego tak wielu katolików obawia się dziś powiedzieć: Tak, wyznajemy jedyną objawioną religię, dzięki Chrystusowi mamy pewność, że kroczymy drogą prawdy! To takie nietolerancyjne, ba... znajdą się nawet komentatorzy, którzy obarczą taką deklarację cechą nienawiści, braku poszanowania wobec innych.

Żyjemy w czasach, gdy pociski nie świstają nad naszymi głowami, gdy nie trzeba konspirować ani ukrywać się w katakumbach, a jednak czasem tak trudno – nawet w czasie przyjemnej imprezy z przyjaciółmi – przyznać się do tego, że chcemy, aby Chrystus nas prowadził. Nie moją rolą jest snuć katechetyczne rozważania. Dawno jednak zrozumiałem, że strach pochodzi od złego, on chce nas obezwładnić, skłonić do kapitulacji, zanim jeszcze dojdzie do prawdziwej próby. Strach psuje nam życie, plącze język, zabiera pewność sądzenia... w konsekwencji niszczy nasze poczucie własnej wartości. Jeśli czujemy się mało warci, łatwo godzimy się na draństwa i kompromisy i z niechęcią spoglądamy na tych, którzy zachowali wewnętrzną siłę, aby się temu przeciwstawić. Nie lubimy ich, często nawet złośliwie czekamy, aż powinie im się noga. Wtedy napełnia nas satysfakcja, do której – nawet przed samymi sobą – się nie przyznajemy.

Tacy jesteśmy, ale przecież każdy z nas może to w sobie zgnieść, przezwyciężyć. Pewnie jeśli będziemy polegać tylko na sobie, będzie to niesłychanie trudne, ale przecież nie musimy liczyć tylko na własny potencjał. Przecież jest Ktoś, kto daje nam siłę. Potrafimy sami siebie zaskoczyć. Czytałem pamiętniki i wspomnienia wielu osób, które – w swoich czasach – uchodziły za heroiczne. Prawie każdy z tych autorów podkreślał fakt, że w momencie, gdy dokonywał czegoś niezwykłego, sam zaskakiwał siebie, nie wiedział, skąd to się w nim bierze... No właśnie.

Teraz już chyba rozumiecie, o co mi chodzi. Moment próby jest takim samym zwykłym zdarzeniem, jak wszystkie inne, które nas spotykają, czasem tracimy czujność, uwagę i zauważamy go dopiero poniewczasie. Czasu nie można wrócić, ale siebie możemy zmienić. Początkiem jest jednak zawsze stanięcie w prawdzie – przyznanie się do własnego tchórzostwa, niechowanie się za okrągłymi sformułowaniami. Czasem więcej odwagi wymaga przecież publiczne przyznanie się do błędu, strachu, złego wyboru niż nawet jakiś paroksyzm desperacji, który inni określą jako bohaterstwo.

Prawdziwa odwaga jest świadoma, polega na raz na zawsze dokonanym wyborze między strachem i godnym życiem. Tego wyboru – jak pisał Jerzy Liebert – musimy jednak dokonywać codziennie. To najbardziej istotne rozstrzygnięcie w naszej biografii, ono przesądza, czy idziemy w strumieniu szarych postaci z okutymi głowami, czy też śmiało czekamy na to, co nas spotka, świadomi tego, że w swoich wyborach pozostajemy sam na sam z prawdą.

2017-11-29 09:42

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Zmarł ks. prof. Jan Krucina

2020-09-25 13:29

Fot. Niedziela

W wieku 92 lat zmarł dzisiaj ks. prof. dr hab. Jan Krucina. Był jednym z najbliższych współpracowników kard. Bolesława Kominka.

Jan Krucina urodził się 14 X 1928 r. w Karwinie-Darkowie na Zaolziu w Czechosłowacji. Święcenia kapłańskie otrzymał 21 czerwca 1959 r. we Wrocławiu. Studia specjalistyczne z zakresu filozofii praktycznej odbył na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim w latach 1959-1963, wieńcząc je w roku 1965 doktoratem z filozofii na podstawie pracy: "Dobro wspólne jako zasada społeczna".

W latach 1965-1979 prowadził zajęcia zlecone na Wydziale Filozofii Chrześcijańskiej KUL. Od roku 1965 prowadzi zajęcia dydaktyczne w Wyższym Seminarium Duchownym we Wrocławiu. W latach 1968-1988 był prorektorem Wyższego Seminarium Duchownego i Papieskiego Wydziału Teologicznego we Wrocławiu. W roku akademickim 1966/67 odbył podróż naukową, odwiedzając ośrodki uniwersyteckie w Austrii, Rzymie, Mediolanie, Strasburgu, Lowanium i Paryżu. 7 grudnia 1972 r. otrzymał na KUL-u stopień doktora habilitowanego na podstawie rozprawy: "Dobro wspólne. Teoria i jej zastosowanie".

Od roku 1973 był profesorem nadzwyczajnym, a od 1993 - profesorem zwyczajnym. Pełnił funkcję redaktora naczelnego rocznika Colloquium Salutis i dyrektora Wydawnictwa Wrocławskiej Księgarni Archidiecezjalnej. Niezwykle ważnym wydarzeniem za jego kadencji rektorskiej było przeprowadzenie na Fakultecie pierwszego kolokwium habilitacyjnego. Ponadto, za czasów jego rektorowania Papieski Wydział umocnił swoją pozycję w gronie wyższych uczelni katolickich w Polsce, a także stał się partnerem dla wyższych uczelni miasta Wrocławia.

W 2002 r. został odznaczony Krzyżem Komandorskim I Klasy Odznaki Honorowej za Zasługi dla Republiki Austrii.

za: www.pwt.wroc.pl/wikipedia

CZYTAJ DALEJ

W tej archidiecezji nie będzie tradycyjnych wizyt kolędowych

2020-09-25 21:02

[ TEMATY ]

kolęda

Katowice

Ks. Krzysztof Hawro

Co roku na drzwiach naszych mieszkań pojawia się znak błogosławieństwa

Co roku na drzwiach naszych mieszkań pojawia się znak błogosławieństwa

O tym, że w tym roku nie będzie tradycyjnych wizyt kolędowych w domach wiernych archidiecezji katowickiej poinformował Wydział Duszpasterski katowickiej Kurii Metropolitalnej.

Powodem jest aktualna sytuacja epidemiczna. Natomiast w okresie Bożego Narodzenia odprawiane będą msze święte w intencji parafian z poszczególnych ulic.

Wydział Duszpasterski katowickiej Kurii Metropolitalnej informacje w tej sprawie przesłał do wszystkich parafii archidiecezji katowickiej.

"Aktualna sytuacja epidemiczna uniemożliwia przeprowadzenie tzw. kolędy w tradycyjnej formie. Odwiedziny duszpasterskie ograniczamy wyłącznie do błogosławieństwa nowych domów i mieszkań na zaproszenie gospodarzy" - czytamy w komunikacie.W tym roku w okresie Bożego Narodzenia ma jednak pojawić się nietypowa forma modlitwy za wiernych z poszczególnych osiedli i ulic.

"Jednocześnie zachęcamy duszpasterzy do celebracji w okresie Bożego Narodzenia (jeśli to konieczne – także w czasie Adwentu) Eucharystii w intencji parafian z poszczególnych ulic oraz kolędowych Nieszporów (wieczorów), z uwzględnieniem stosownych przepisów sanitarnych" - brzmią zalecenia katowickiej kurii.Aktualnie w województwie śląskim na kwarantannie z powodu koronawirusa przebywa 2 261 osób, w szpitalach jest 192 pacjentów. Służby sanitarne informują o 22 050 osobach z wynikiem dodatnim po przeprowadzonych testach, z czego wyzdrowiało 20 688 osób, a zmarło 537.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję