Reklama

Życie solidarnością pisane

Dr n. med. Grażyna Przybylska-Wendt, specjalista medycyny sądowej i anestezjologii, była jedyną kobietą wybraną podczas I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ „Solidarność” w 1981 r. do Komisji Krajowej, a później do jej prezydium

W stanie wojennym Grażyna Przybylska-Wendt przebywała w kilku ośrodkach odosobnienia, na kanwie tamtych przeżyć napisała sztukę o internowanych kobietach „Trzynasty dwunasty”. Gdy pod koniec lat 80. ubiegłego wieku nie udało się przywrócić demokratycznie wybranych władz Solidarności (należała do grupy domagającej się zwołania Komisji Krajowej w składzie z 1981 r.), wycofała się z działalności związkowej. W latach 90. zaangażowała się w działalność samorządową, co pomogło zarejestrować założone przez nią wcześniej w Płocku hospicjum. Ostatnio, wykorzystując swą wiedzę medyka sądowego, przygotowuje ekspertyzy dotyczące ofiar katastrofy smoleńskiej

W obronie krzyża

Przyszła na świat w Chojnicach, cztery lata przed wojną, ale czas okupacji spędziła w Krakowie. Powrót na Pomorze wiąże się dla niej przede wszystkim ze wspomnieniem harcerstwa, jeszcze tego przedwojennego – jak podkreśla. – Nie było większej radości i zapału niż chodzenie na zbiórki i uczestniczenie w obozach. Po prostu świetna szkoła życia.

W 1949 r., gdy ojciec, bankowiec, został oddelegowany do Białegostoku, przyszedł najbardziej ponury okres w jej życiu, ale też pierwsze doświadczenie solidarności. – To była X klasa, podczas lekcji geografii, którą prowadziła nasza wychowawczyni, weszło kilku panów i jeden z nich kazał nauczycielce zdjąć krzyż ze ściany. Ona odmówiła, ale zrobiła to jedna z uczennic. Nasza pani zniknęła bezpowrotnie nie tylko ze szkoły. Za dwa dni jedna z koleżanek przyniosła obrazek z Piotrem Skargą, który trzymał w ręku krzyż, i ja – byłam najwyższa w klasie – powiesiłam go na ścianie. Na reakcję nie trzeba było długo czekać – pani Grażyna jest przekonana, że uczennica, która zdjęła krzyż, doniosła dyrektorowi, co się stało, a ten zjawił się w klasie i kazał się przyznać winowajczyni, grożąc rozwiązaniem klasy. Nie ukrywa, jakim przeżyciem dla niej było podjęcie decyzji, ale jeszcze większym, gdy już stojąc, zobaczyła, że wstają kolejne koleżanki i tak cała klasa. Na dyrektorze też zrobiło to wrażenie, nie wyciągnął konsekwencji. – Wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że jak nas jest dużo, to coś się da zrobić – podsumowuje tamto doświadczenie późniejsza działaczka Solidarności.

Reklama

Działalność zawodowa

Studia medyczne zaczęła w Białymstoku, a skończyła w Łodzi i tam też rozpoczęła pracę w Zakładzie Medycyny Sądowej, żeby później zmienić sądówkę na anestezjologię. To było duże wyzwanie, bo dopiero zaczęto stosować w Polsce nowe metody, i to – jak wspomina dr Przybylska-Wendt – nie bez problemów: – Wtedy doświadczyłam, co to znaczy solidarność zawodowa, gdy bowiem ktoś z anestezjologów znalazł się w sytuacji, z którą nie umiał sobie poradzić, wystarczył telefon do jednego z kolegów i natychmiast wszyscy śpieszyli mu z pomocą. Pracę anestezjologa kontynuowała w nowo wybudowanym na początku lat 70. szpitalu w Płocku. Później przez 11 lat była jedynym medykiem sądowym na terenie miasta i województwa. – Po okresie internowania niby zwrócono mi ten etat – mówi – ale byłam izolowana, nikt nie mógł się ze mną kontaktować, nie miałam zleceń i etat zabrano.

Wróciła do swojej drugiej specjalizacji i zaczęła jeździć w karetce pogotowia, ale zbyt wyczerpująca praca skończyła się zawałem. Powróciła do szpitala z pensją okrojoną ze wszystkich dodatków, a więc mimo stażu pracy, dwóch specjalizacji i doktoratu – prawie na poziomie salowej. A ona po śmierci męża musiała utrzymać dwie córki, próbowała więc szukać innych możliwości pracy. I tak założyła poradnię przeciwbólową. – Zetknęłam się wówczas z wieloma osobami potrzebującymi stałej pomocy, więc na bazie tej poradni zaczęłam organizować hospicjum domowe, które prowadziłam społecznie przy udziale wolontariuszy przez 8 lat – wspomina.

Nie mogła też pozostać obojętna, gdy w katastrofie smoleńskiej zginęło tak wiele bliskich jej osób. Nawiązała więc kontakt z zajmującym się badaniem jej przyczyn zespołem parlamentarnym i – wykorzystując wieloletnie doświadczenie medyka sądowego – na kolejne konferencje naukowe przygotowuje analizy dotyczące rodzaju obrażeń ofiar katastrofy, które mogą pomóc ustalić jej faktyczny przebieg. To dla niej jakby kontynuacja tamtej solidarności sprzed lat, wśród ludzi starających się wyjaśnić tę tragedię odnalazła bowiem atmosferę wzajemnej życzliwości, otwartości, zaufania i bezinteresownego zaangażowania, w jakiej 35 lat temu rodziła się Solidarność.

Reklama

W Komisji Krajowej

Najpierw była Solidarność służby zdrowia. Jej centralnym punktem był płocki szpital i działalność w Regionie Płockim, z którego dr Przybylska-Wendt została delegatem na I Krajowy Zjazd, a ten wybrał ją do najwyższych władz związku. – Będziemy mieć jedną dziewczynę i już – skwitował ten wybór Lech Wałęsa i przydzielił jej resorty, którymi miała się opiekować: służbę zdrowia, kulturę, ochronę środowiska, oświatę, chemię, emerytów, rencistów, młodzież, harcerstwo... – już sama nie pamięta, ile tego było. W praktyce ta opieka polegała na tym, że wysłuchiwała różnych postulatów, pretensji i skarg osób, które przyjeżdżały z całej Polski w imieniu różnych grup, ale też swoim własnym, a działo się to w jednym wąskim pokoju, gdzie siedziało całe prezydium. – Wszyscy na ogół palili papierosy, więc ciemno było od dymu, nad każdym z nas stała grupa petentów, wszyscy mówili naraz i wszyscy chcieli od razu – wspomina pani Grażyna.

Były też wyjazdy, te w Polskę, np. dla gaszenia strajków, i zagraniczne. Pierwszy raz została wydelegowana do Rzymu na Kongres Polonii Świata i spotkanie z włoskimi związkami zawodowymi. Na początku była przerażona, bo do tej pory zagranicą były dla niej, jak dla większości Polaków, demoludy, ale doskonale sobie poradziła, taki był wówczas entuzjazm wokół Solidarności w krajach Zachodu, że nawet nie były potrzebne żadne przemówienia. Najbardziej zapamiętała parę włoskich związkowców, która się nią opiekowała, zwłaszcza że po kilku miesiącach usłyszała ich nazwiska wśród przywódców Czerwonych Brygad. – Ja jechałam w imieniu Lecha Wałęsy, bo to on otrzymał zaproszenie, a co by było, gdyby wybrał się tam osobiście? – zastanawia się do dziś.

Jeszcze dwukrotnie była wydelegowana za granicę: na spotkanie ze związkowcami we Francji i do krajów skandynawskich, żeby załatwić sprzęt dla niepełnosprawnych. Ten ostatni wyjazd był zaplanowany na 14 grudnia 1981 r., więc zamiast do Szwecji czy Norwegii trafiła do kolejnych obozów dla internowanych.

„Trzynasty dwunasty”

Tak Grażyna Przybylska-Wendt zatytułowała sztukę, którą napisała na podstawie przeżyć w Strzebielinku, Fordonie, Gołdapi i Darłówku. Została ona wystawiona w Płocku przez Teatr Dramatyczny im. Klemensa Szaniawskiego, a jej premiera odbyła się w 2006 r. Miała bardzo przychylne recenzje, można było ją obejrzeć ponad 20 razy, także w innych miastach, m.in. w Warszawie, Łodzi i Gołdapi. Ostatnio zainteresowanie nią minęło. Gdy niedawno dzwoniłam do teatru z zapytaniem, gdzie i kiedy będzie w najbliższym czasie zaprezentowana, usłyszałam, że nigdzie, bo nie ma teraz zapotrzebowania na martyrologię. Tyle że martyrologii jest tam akurat najmniej, a najwięcej zdecydowanej i solidarnej postawy, świetnej organizacji, a i sporo humoru. I choć oczywiście Wigilia kobiet izolowanych od swoich rodzin i środowisk była niezwykle smutna, to przecież potrafiły one wyciągnąć rękę z opłatkiem do pilnującej ich funkcjonariuszki (zagranej m.in. przez Grażynę Zielińską, czyli babkę zielarkę z „Rancza”). Sama z zainteresowaniem obejrzałam sztukę na płycie, która notabene zginęła podczas przeprowadzki Europejskiego Centrum Solidarności. Znalazła się tam dlatego, że Video Studio Gdańsk Fundacja Filmów i Programów Katolickich zaproponowała, aby zaprezentować ją na otwarcie nowej siedziby ECS, co wydawało się świetnym pomysłem. Cóż, tylko się wydawało.

Nie jest to pierwszy ani ostatni utwór literacki Grażyny Przybylskiej-Wendt. Ma ich sporo na swoim koncie: wiersze, teksty kabaretowe, bajki dla dzieci, książki wspomnieniowe. W ostatnim tomiku wierszy „Strofy życiem pisane” kreśli swój świat w różnych barwach, choć najczęściej w kolorze nostalgicznej zadumy, tak jak w wierszu „Mrzonka”: „Biegłam ku ludziom i słońcu/ lecz ciemno było i pusto/ Biegłam do ciebie, do nich,/ a wy... odeszliście/ Biegłam do marzeń idei,/ przestały istnieć/ Jaki więc sens miał/ bieg mojego życia?”.

W kręgu rodzinnym

Najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa? Czterolatka zapamiętała pierwsze bombardowanie w Krakowie, a także patriotyczne piosenki i wierszyki, których uczyła dzieci mama. Podkreśla, że jej głęboka wiara miała duży wpływ na starszą o 8 lat siostrę Urszulę, która po skończeniu prawa wstąpiła do klasztoru Sióstr Urszulanek Serca Jezusa Konającego w Pniewach. Pani Grażyna wspomina, jak to rodzice martwili się, że córka, idąc do klasztoru, odgradza się od świata, a tymczasem to ona, gdy została matką generalną (a pełniła tę funkcję przez 12 lat) zwiedziła szmat świata, i założyła domy urszulańskie na kilku kontynentach. I to ona sprowadziła ciało – dziś świętej – m. Urszuli Ledóchowskiej do Polski. Za jej kadencji klasztor w Pniewach objął też patronatem płockie hospicjum, założone w 1987 r. przez dr Grażynę, które nosi imię św. Urszuli Ledóchowskiej. Z dumą mówi więc o siostrze i o ojcu, który jako 19-latek wstąpił ochotniczo do wojska i brał udział w wojnie z bolszewikami. Dowiedziała się o tym dopiero po jego śmierci pozostawionych dokumentów, wśród których znalazła też informację o przyznanych mu z tego tytułu odznaczeniach.

Rodzina zawsze była i jest bardzo ważna dla dr Przybylskiej-Wendt, dlatego boleje nad tym, że jej dwie córki mieszkają z rodzinami na Sardynii i rzadko się z nimi widuje. To cena, jaką do dziś płaci za swoją działalność w Solidarności. W stanie wojennym i tuż po nim tak utrudniano im start w dorosłość, że nie wytrzymały presji, wyjechały z Polski, wyszły za mąż za Włochów i tam ułożyły sobie życie. Dba jednak o to, żeby wnuki znały historię Polski, również tę najnowszą, w której tworzeniu sama ma spory udział.

2015-09-01 14:03

Ocena: 0 -1

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Kard. Nycz: tłumów już nie będzie, cieszmy się z każdej osoby

2020-09-13 12:15

[ TEMATY ]

wywiad

katecheza

laicyzacja

kard. Kazimierz Nycz

Episkopat.news

Nie dopilnowaliśmy do końca równowagi miejsc katechezy, a więc domu rodzinnego, parafii i szkoły. I do tego trzeba wrócić – mówi KAI kard. Kazimierz Nycz, podsumowując 30 lat ponownej obecności religii w polskich szkołach. Wskazuje też, że Polska należy do krajów w których laicyzacja w młodym pokoleniu dokonuje się najszybciej. „Dziś musimy nauczyć się radować spotkaniem nawet z jednym człowiekiem, jeśli przyszedł tylko ten jeden” – wskazuje były przewodniczący Komisji Wychowania Katolickiego KEP.

  • Dziś, po 30 latach, musimy powiedzieć, że troszkę nam się stało za cicho w salkach parafialnych, zwłaszcza jeśli chodzi o wymiar katechezy sakramentalnej, zarówno co do I Komunii świętej jak i bierzmowania.polonijnymi.
  • Jest faktem, że w ciągu tych 30 lat dokonuje się pełzający spadek frekwencji dzieci i młodzieży w Kościele i na katechezie w szkole.
  • Powinniśmy zacząć inaczej myśleć na temat współpracy rodziny, parafii i szkoły ale także o tym, co proponujemy w katechezie dorosłych po to, żeby dorośli, rodzice byli pierwszymi katechetami swoich dzieci.

Tomasz Królak (KAI): Przed sierpniowymi obradami biskupów w Częstochowie zapowiadano, że odbędzie się dyskusja o plusach i minusach nauczania religii w szkołach w związku z 30. rocznicą jej powrotu do szkół. Jak wypadło to podsumowanie?

Kard. Kazimierz Nycz: - Rozmowa była nadzwyczaj dobra, poprzedzona dwoma wykładami ekspertów. Pierwszy dotyczył głównie założeń teoretycznych katechezy w szkole, drugi był głosem wizytatora, który jako praktyk zna temat lekcji religii na wylot. Późniejsza, bardzo konkretna dyskusja podejmowała problemy jakie się nazbierały w ciągu tych 30 lat. Była też mowa o tym, jak ma się katecheza dzisiaj, po tych 30 latach w perspektywie założeń, które przyjęliśmy przed laty wchodząc, nieco w pośpiechu, do szkoły. Bo, przypomnę, decyzja zapadła podczas zebrania episkopatu w Krakowie, w czerwcu 1990 roku, a dwa miesiące później odbywały się już pierwsze zajęcia.

- Jakie są wnioski z tego bilansu? Dostrzeżono jakieś problemy?

- Warto najpierw zaznaczyć, że to był powrót do sytuacji, która była i jest obecna jest w znakomitej większości krajów europejskich, jak Niemcy, Włochy czy Hiszpania. Czy te 30 lat nieobecności szkolnej katechezy wybiło nas z rytmu? Z pewnością tak ale też trzeba pamiętać, że katecheza przy parafii, wypracowana w okresie od lat 60., organizowana właściwie od zera, od nauki w kościołach bo nie było jeszcze tych małych salek, nie było katechetów, otóż ta katecheza miała swoją ogromną wartość. Przede wszystkim bardzo mocno wiązała katechezę rodzin, zwłaszcza rodziców z katechezą parafialną i z katechezą dzieci i młodzieży. W 1990 roku mieliśmy już więc doświadczenie katechezy przyparafialnej, prowadzonej dla poszczególnych klas szkolnych, w miastach zaś łączono niestety kilka klas w grupę, bo nie było innych możliwości.
Natomiast dokonany w 1990 roku powrót katechezy do szkół oceniliśmy jako decyzję słuszną. Główne założenia, a więc żeby wychowanie i edukacja szkolna były kompletne, także od strony przedmiotu, nazwijmy to, etycznego, światopoglądowego, czy wprost religijnego - sprawdziło się. Myślę też, że na takie rozwiązanie społeczeństwo wyraźnie oczekiwało, wspólnie z władzami państwowymi, wolnego, niepodległego już państwa. Choć pamiętamy, że nie brakowało też głosów przeciwnych. Dyskusja medialna była gorąca.

- Dziś coraz częściej pojawiają się głosy, także wśród biskupów, że niezbędne jest uzupełnienie katechezy szkolnej zajęciami w salach parafialnych. Czy to dobry pomysł?

- Od początku powrotu lekcji religii do szkół zakładaliśmy, że będziemy tam realizować to, co da się w szkole zrobić ale nie rezygnujemy z katechezy przy parafii. Od początku była więc założona komplementarność lekcji religii w szkole i przy parafii.

- Ale czy to założenie było realizowane?

- To jest pytanie, bo wiele parafii, może nawet większość - odetchnęło z ulgą. Pomyślano sobie: wszystko weźmie szkoła. I pozamykaliśmy salki katechetyczne. Natomiast już wtedy część proboszczów, rodziców, duchowieństwa i katechetów doskonale wyczuwała, że nie wszystko da się zrobić w szkole; że to założenie komplementarności katechezy szkolnej i parafialnej było czymś absolutnie potrzebnym, obowiązującym.
Dziś, po 30 latach, musimy powiedzieć, że troszkę nam się stało za cicho w salkach parafialnych, zwłaszcza jeśli chodzi o wymiar katechezy sakramentalnej, zarówno co do I Komunii świętej jak i bierzmowania. Są oczywiście spotkania przez rok w klasie III czy przed bierzmowaniem ale to na pewno nie wystarcza, potrzeby są większe. To jedna z najważniejszych rzeczy do przemyślenia, mocno podnoszona przez biskupów podczas dyskusji.

Kiedyś bardzo często narzekaliśmy, że rodzice „oddawali” dzieci szkole, jakby chcieli powiedzieć: zajmijcie się ich wychowaniem religijnym. Cóż, w pewnym sensie parafia też oddała do szkoły “swoje” dzieci i młodzież, i odetchnęła z ulgą uznając, że to wystarczy.

Jednak rzeczywistość pokazała, że absolutnie nie wystarczy. Dlatego główny postulat, który pada w ciągu ostatnich lat, a pojawił się też na ostatniej konferencji episkopatu, mówi o konieczności prowadzenia katechezy równolegle: w rodzinie, w szkole i w parafii.

- W lekcjach religii uczestniczy coraz mniejsza liczba uczniów, choć w różnych regionach wygląda to różnie. Dlaczego odchodzą? Może coś jednak w tej szkolnej katechezie nie wyszło?

- W pierwszych latach, rzeczywiście ten entuzjazm z powodu powrotu tych zajęć do szkół był dużo, dużo większy i o tym świadczy także frekwencja. W szkołach podstawowych wynosiła ona prawie 95 procent, a gdzieniegdzie nawet więcej. Na religię nie chodził tylko ktoś innego wyznania lub innej wiary. Jeśli zaś chodzi o młodzież, to chciałbym zaznaczyć, że w religii w szkole uczestniczyli i ci, którzy nie przychodzili do parafii. Nie idealizujmy więc katechezy parafialnej pod każdym względem. Owszem, miała ona swoje ogromne plusy wynikające z bliskiego związku z parafią, z kościołem parafialnym. Z pewnością łatwiejsze było osiąganie takich celów jak wtajemniczenie chrześcijańskie czy właściwa katecheza, rozumiana jako przekaz Słowa Bożego. Tak, parafia stwarzała szczególne warunki w tym względzie. Ale też, nie czarujmy się: kiedy w swojej młodości uczyłem przy parafii dzieci ze szkoły podstawowej czy średniej, to, jak pamiętam, ta frekwencja wcale nie był tak wysoka, jak to się nam wydaje dzisiaj, ex post. Jeśli chodzi o szkoły zawodowe, a przecież wtedy większość młodzieży do takich właśnie chodziła, to problemy z frekwencją też były duże.

Natomiast jest faktem, że w ciągu tych 30 lat dokonuje się pełzający spadek frekwencji dzieci i młodzieży w Kościele i na katechezie w szkole.

Geografia tego zjawiska jest jednak różna: na południu i wschodzie Polski, w diecezjach o charakterze bardziej tradycyjnym i wiejskim, frekwencja w szkołach podstawowych nadal jest bardzo duża, przekracza 90 proc., a w liceach dochodzi do tego pułapu. Inny jest obraz katechezy w dużych miastach, takich jak Warszawa, Poznań, Łódź czy Kraków, gdzie frekwencja jest wyraźnie, nawet o kilkadziesiąt procent, mniejsza. Trzeba na to patrzeć z troską i zapytywać, także siebie, o przyczyny.

- No właśnie, gdzie one tkwią?

- Na pewno nie tylko po stronie młodzieży i rodziców, ani nie tylko po stronie szkoły lecz także po stronie Kościoła, katechetów i ich formacji katechetycznej – i o tych rzeczach także dużo mówiliśmy.

- O tej formacji jest mowa także w wydanym niedawno watykańskim dyrektorium katechetycznym. Mówi się w nim, że Kościół powinien szukać nowych sposobów przekazu wiary w obliczu wyzwań, które stawia świat cyfrowy i globalizacja kultury. Jak realizacja tego wskazania powinna wyglądać w polskich realiach?

- Wspomniałem, że na katechezie szkolnej nie można zrealizować wszystkich celów, jakim powinna ona służyć. A watykańskie dyrektorium dokładnie pokazuje, dlaczego nie jest to możliwe. Otóż dokumenty Kościoła - nowe i poprzednie dyrektoria, adhortacja Jana Pawła II „Catechesi Tradendae” ale i nasze dyrektorium sprzed 20 lat – poświęcają katechezie w szkole mniej więcej jedną czwartą tekstu. Natomiast większa część dotyczy natury, istoty, celów katechezy. Jest ona zawsze posługą słowa w Kościele ku umacnianiu wiary, przy czym na pierwszym miejscu – i tak jest od czasu Soboru – mówi się o katechezie dorosłych, w tym rodziców. Na drugim: o katechezie studentów, młodzieży i dzieci. Wydaje się więc, że gdzieś zagubiliśmy pewną proporcję pomiędzy tymi trzema rodzajami katechezy.
Powinniśmy zacząć inaczej myśleć na temat współpracy rodziny, parafii i szkoły ale także o tym, co proponujemy w katechezie dorosłych po to, żeby dorośli, rodzice byli pierwszymi katechetami swoich dzieci. Tak, jak w parafii pierwszym katechetą jest proboszcz i jego współpracownicy. Natomiast jeśli ograniczymy się tylko do szkoły, to jak gdyby pozbawiamy się tych dwóch wielkich przestrzeni: rodziny i parafii. Nie można uważać szkoły za jedyne miejsce katechezy, choć jest to miejsce bardzo ważne.
Trzeba też mieć na uwadze, i o tym mówi nowe dyrektorium, inność współczesnej młodzieży i inność jej oczekiwań wobec nauczycieli, wychowawców i katechetów. Dziś dominującą pozycję w wychowaniu i nauczaniu zajął internet i nowoczesne środki przekazu, także w procesie nauczania i wychowania. Niestety, często te środki, źle wykorzystywane, stają się wielkim antywychowawcą. Kościół jednak nie ucieknie od tej nowoczesności, jeśli pragnie znaleźć drogę do młodego pokolenia, by ich podprowadzić do ewangelii.
Dlatego dziś, zarówno w katechezie parafialnej jak i, zwłaszcza, szkolnej należy mówić o wykorzystywaniu nowoczesnych środków elektronicznych w przekazie treści katechetycznej. W przeciwnym razie z młodzieżą po prostu się nie spotkamy. To jest wielkie wyzwanie stojące przed dzisiejszą katechezą. Kościół nie może zastępować głoszenia Słowa Bożego w katechezie i na ambonie ale to głoszenie musi być wspierane w innych przestrzeniach.
Konieczne jest też przemyślenie podstawy programowej katechezy szkolnej w kierunku tego, co z celów i zadań katechezy można zrobić w szkole, określając jednocześnie, co trzeba pozostawić do realizacji w parafii. Jeżeli bowiem weźmiemy pod uwagę cztery główne zadania katechezy, jakimi są: preewangelizacja, ewangelizacja, wtajemniczenie i właściwa katecheza, to dwa pierwsze założenia można owocnie zrealizować w szkole, natomiast pozostałe, powiedzmy to sobie szczerze, są nieosiągalne do końca bez udziału parafii.
Co do szkoły, to musimy się programowo przestawić, także poprzez właściwą formację katechetów, w kierunku dwóch pierwszych zadań, a więc preewangelizacji i ewangelizacji. Myślę, że próba głoszenia od razu głębokiego orędzia kerygmatycznego, bez poprzedzenia tego procesu pewną bazą kulturową jest czymś bardzo ograniczającym możliwości religii w szkole. Ponadto, jeśli chcemy być przyjęci przez tych, którzy na te lekcje przychodzą, choć z ich wiarą jest jeszcze bardzo różnie, to możemy do nich trafić właśnie tymi elementami preewangelizacji i kultury i to bardzo szeroko pojętej. Bo nawet jeśli ktoś poprzez takie zajęcia nie dojdzie do wiary głębokiej (może stanie się to za 10 czy 20 lat?), to już dziś możemy mu dać przygotowanie i wiedzę, która pomoże mu żyć w świecie i rozumieć ten świat który wyrasta z kultury chrześcijańskiej. I o tym ewangelizacyjnym wymiarze katechezy mówi dużo nowe Dyrektorium o Katechezie.

- Bo nie o wszystkim trzeba mówić wprost, a miejscem spotkania z religią, sacrum, duchowością, etyką może być właśnie kultura...

- Tak, tą płaszczyzną może być literatura, architektura, malarstwo, muzyka. To jest pole do szerokiej współpracy ze szkołą, to jest szansa na integrację międzyprzedmiotową. Bo przecież współpraca historyka, nauczyciela muzyki i katechety może przynieść świetne rezultaty na polu wspomnianej preewangelizacji czy nawet ewangelizacji.

- Czy uda się zatem powstrzymać proces pełzającego ale widocznego jednak, wykruszania się uczniów ze szkolnej katechezy?

- Myślę, że jest to nie tylko problem katechezy. Należymy do tych krajów świata, w których tzw. laicyzacja w młodym pokoleniu dokonuje się najszybciej. Nie można powiedzieć, że pewne procesy nas nie dotyczą czy nie będą dotykać. Trzeba się z nimi liczyć, ale też mądrze robić swoje, żeby tymi procesami się zmierzyć. Jak? Przede wszystkim przez solidną formację duszpasterzy i katechetów, zarówno duchownych jak i świeckich, a wśród nich na pierwszym miejscu rodziców. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że bez rodziców większości nowych wyzwań nie udźwigniemy.
Przyznajmy, że czasem, może nie z zaniedbania ale z pewnej wygody lub zbytniego zaufania do możliwości szkoły, nie dopilnowaliśmy do końca tej równowagi miejsc katechezy, a więc domu rodzinnego, parafii i szkoły. I do tego trzeba wrócić. Natomiast resztę zostawmy Panu Bogu.
Jeżeli ktoś uważa, że jeżeli do parafii na formację w grupach, nie przyjdzie 100 czy 50 procent uczniów, to nie warto robić spotkania, to z takim myśleniem nie ujedziemy za daleko. Musimy nauczyć się cieszyć małą grupką, cieszyć się tymi, którzy pojawili się, żeby przechodzić wtajemniczenie chrześcijańskie we wspólnocie przy parafii czy w ruchu - Neokatechumenacie, Odnowie w Duchu Świętym czy Ruchu Światło-Życie. Trzeba się nimi cieszyć. Już pewnie nigdy nie będzie takich tłumów jak wówczas, gdy na powakacyjnych rekolekcjach Ruchu Światło-Życie w diecezji warszawskiej, katowickiej czy krakowskiej pojawiały się grube tysiące młodych ludzi. Dziś musimy nauczyć się radować spotkaniem nawet z jednym człowiekiem, jeśli przyszedł tylko ten jeden. A jeżeli jest to nieduża choćby wspólnota - cieszyć się tym jeszcze bardziej.
Niezbędne jest więc “dopełnianie” szkolnej lekcji religii w parafii propozycją żywych grup, ruchów, wspólnot, żeby spełnić ten postulat wtajemniczenia i katechezy jako głoszenia Słowa Bożego wierzącym. Ale zanim to będzie możliwe, trzeba do tej wiary “podprowadzić”. I to robimy między innymi w szkole. Nie znaczy to, że nasza obecność w szkole jest mniej ważna. Nie, jest bardzo ważna, bo jeżeli będziemy czekać na ludzi tylko w kościele, to na niektórych możemy się nigdy nie doczekać. Przez katechezę w szkole, młodzież nam zostaje “dana i zadana”.
W nowym watykańskim dyrektorium jest powiedziane, że parafia musi być misyjna, ewangelizacyjna, musi wychodzić do ludzi. Szkoła jest w tym kontekście miejscem doskonałym. A pandemia pokazała, że w tym czasie skuteczniej mogli zaprosić uczniów do parafii ci katecheci, którzy wcześniej mieli z młodymi dobry kontakt także w szkole.

- I w ten sposób dochodzimy do tematu tegorocznego Tygodnia Wychowania - “Budujmy więzi”...

- Pandemia pokazała, że przed komputerem brakuje tej realnej więzi, spotkania osób, grupy i żywego kontaktu z nauczycielem. Nie wszystkie cele katechezy i nauczania udawało się zrealizować w nauczaniu zdalnym. Budowanie więzi jest naszym zadaniem, także w katechezie i poprzez nią.
Jest rzeczą bardzo ważną, by nie zabrakło nam dobrych katechetów i dobrych kandydatów do katechezy. Nie ma co ukrywać: zaczyna to być problemem społecznym czy demograficznym. 30 lat temu do katechezy wyszło ponad 10 tysięcy nowych katechetów. Pełnią piękną i ważną misję Kościoła katechizującego. Trzeba myśleć o ich następcach, żeby za 5-10 lat byli ludzie dobrze przygotowani do przejęcia ich zadań.

CZYTAJ DALEJ

Płock: zbiórka na radio diecezjalne w Dniu Środków Społecznego Przekazu

2020-09-20 16:41

[ TEMATY ]

radio

Płock

Dzień Środków Społecznego Przekazu

BOŻENA SZTAJNER

W diecezji płockiej w Dniu Środków Społecznego Przekazu w kościołach trwa zbiórka na rzecz Katolickiego Radia Diecezji Płockiej. Zaapelował o to biskup płocki Piotr Libera: „Zadaniem mediów katolickich jest ukazywanie prawdy, dobra i sensu rzeczywistości, która nas otacza. Temu służy nasza diecezjalna rozgłośnia” – napisał w słowie do diecezjan.

Bp Piotr Libera przypomniał, że Ojciec święty Franciszek w orędziu na Dzień Środków Społecznego Przekazu zwrócił uwagę, jak ważne jest opowiadanie i utrwalanie w pamięci dobra, które dzieje się wokół. Biskup dodał, że zadaniem tych środków, a zwłaszcza mediów katolickich, jest służenie tej właśnie sprawie. Mają one ukazywać prawdę, dobro i sens rzeczywistości, która otacza człowieka, a jednocześnie towarzyszyć człowiekowi w drodze, pracy, modlitwie i odpoczynku.

Temu służy diecezjalna rozgłośnia – Katolickie Radio Diecezji Płockiej, która od 29 lat z Płocka i od 27 lat z Ciechanowa nadaje swój program. Od niedawna kolejnym miastem na medialnej mapie diecezji stał się Rypin na Ziemi Dobrzyńskiej.

„Zachęcam was, abyście słuchali naszej rozgłośni i z nią się modlili – choćby w południe i o 15.00, bo to jest nasze, a jednocześnie najstarsze diecezjalne radio w Polsce. Doświadczyliśmy niedawno, jak ważna jest rola mediów w czasie panującej pandemii, jak dzięki nim możemy się łączyć we Mszy św. i w niej duchowo uczestniczyć, zwłaszcza chorzy i starsi” – napisał do diecezjan biskup płocki.

Poprosił też o wsparcie materialne dla radia. Raz na 10 lat diecezja opłaca koncesję za nadawanie radiowe do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Po zaciągnięciu opinii Diecezjalnej Rady Programowej KRDP biskup postanowił zwrócić się do wiernych o wsparcie na ten cel. Ofiara złożona na tacę „będzie też wyrazem troski i odpowiedzialności za Kościół diecezjalny i jego media, tak ważne w dobie nowej ewangelizacji”.

***

Katolickie Radio Diecezji Płockiej powstało w 2014 r. z połączenia dwóch rozgłośni: Katolickiego Radia Płock (pierwszej katolickiej rozgłośni radiowej w Polsce, która rozpoczęła nadawanie 7 czerwca 1991 r.) oraz Katolickiego Radia Ciechanów (zaczęło nadawać 16 października 1993 r.).

Katolickie Radio Płock było pierwszą katolicką rozgłośnią w Polsce po transformacji ustrojowej. Współtworzyli ją ks. Wiesław Gutowski, ówczesny dyrektor wydziału duszpasterskiego Kurii Diecezjalnej i Andrzej Wiśniewski. Pierwszą audycją była transmisja Mszy św. papieskiej na Placu Celebry w Płocku. Jan Paweł II na jej zakończenie zwrócił się do wiernych: „Na początku Mszy św. znakiem krzyża zostało zainaugurowane i rozpoczęło ewangelizacyjną działalność radio diecezji płockiej. Pierwsza katolicka rozgłośnia w Polsce. Vivant sequentes!” (Niech żyją następcy).

W grudniu 2013 r. biskup płocki Piotr Libera, w celu zapewnienia spójności programowej rozgłośni diecezjalnych, podjął decyzję o połączeniu obu rozgłośni. Katolickie Radio Diecezji Płockiej zaczęło nadawać 23 czerwca 2014 r. Program produkowany jest w Płocku i Ciechanowie; główna emisja mieści się w Ciechanowie. KRDP nadaje na pierwotnie nadanych dwóch częstotliwościach: 103.9 MHz w Ciechanowie, 104.3 w Płocku, a obecnie także na 91.6 MHz w Rypinie.

Dyrektorem rozgłośni jest ks. Krzysztof Świerczyński, a jego zastępcami Michał Wichłacz i ks. Paweł Czarnecki. W programie znajdują się m.in. transmisje Mszy św. i nabożeństw, programy o charakterze religijnym, informacje z regionu, muzyka, wiadomości kulturalne i sportowe, relacje, wywiady i codzienne rozmowy z radiowymi gośćmi. W 2017 r. KRDP otrzymało nagrodę Małego Feniksa, przyznawaną przez Zarząd Stowarzyszenia Wydawców Katolickich.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję