Reklama

Święci i błogosławieni

Moją polityką jest miłość

Z przełożoną generalną Zgromadzenia Sióstr Urszulanek Serca Jezusa Konającego – m. Franciszką Sagun w 150. rocznicę urodzin św. Urszuli Ledóchowskiej rozmawia ks. Ireneusz Skubiś

Niedziela Ogólnopolska 16/2015, str. 16-19

[ TEMATY ]

święta

św. Urszula Ledóchowska

Archiwum Sióstr Urszulanek SJK

KS. IRENEUSZ SKUBIŚ: – Jak najogólniej opisałaby Matka życie bł. Urszuli Ledóchowskiej?

M. FRANCISZKA SAGUN USJK: – Trudno zamknąć to dość długie życie w kilku zdaniach. Najkrócej można by powiedzieć tak: było to życie oddane poszukiwaniu Pana Boga i Jego woli we współczesnej jej rzeczywistości, w służbie Kościołowi i ludziom, na drodze konsekracji zakonnej. Jako kilkunastoletnia dziewczyna wybrała tę drogę, rozmiłowana w Osobie Jezusa Chrystusa, zafascynowana Jego przesłaniem i poszukująca sposobu głoszenia Jego miłości, szczególnie wśród najbardziej potrzebujących duchowo i materialnie. W jednym z jej pism skierowanych do sióstr jest taka parafraza słów św. Pawła: pragnąć, aby stać się wszystkim dla wszystkich i wszystkich do Chrystusa przyprowadzić. Nie tylko wytrwała do końca, ale „zaraziła” swym entuzjazmem i dynamizmem innych, tak że powstała wokół niej wspólnota osób pragnących żyć podobnie jak ona: w prostocie, w pogodzie ducha, służąc innym z pokorą i oddaniem. Ta wspólnota – Urszulanki Serca Jezusa Konającego – istnieje do dziś.

– Powołanie do zakonu Waszej matki założycielki było dość nietypowe – zaczynała jako siostra w innym zgromadzeniu zakonnym. jak doszło do tej ciekawej transformacji?

– Czy było to powołanie nietypowe? I tak, i nie. M. Urszula wstąpiła do autonomicznego klasztoru Sióstr Urszulanek w Krakowie (w tamtych czasach niemal wszystkie klasztory Urszulanek były autonomiczne, łączyła je osoba założycielki – św. Anieli Merici – i wspólny charyzmat), ponieważ chciała wyrazić swe powołanie także przez pracę wychowawczą i nauczycielską. Była szczęśliwa w klasztorze i bardzo ceniona jako wychowawczyni i nauczycielka. Zachowały się świadectwa jej uczennic z tamtych lat. Jako wybrana przez wspólnotę przełożona wraz z przełożonymi innych klasztorów urszulańskich podjęła działania zmierzające do dostosowania reguł klasztoru do zmieniających się czasów. Nie po to, aby było łatwiej i nowocześniej, ale aby lepiej służyć, przede wszystkim dzieciom i młodzieży. W tę troskę wpisują się zmiany w konstytucjach Urszulanek, a także powstanie pierwszego domu akademickiego dla studentek w Krakowie. Trzeba pamiętać, że dopuszczenie w tamtych czasach dziewcząt do studiów uniwersyteckich było rewolucją społeczno-obyczajową i prośba urszulanek, aby zająć się studentkami, wydawała się, delikatnie mówiąc, niestosowna. Dopiero samobójstwo jednej ze studentek przyczyniło się do zgody władz kościelnych na otwarcie internatu. Już wtedy Duch Święty zaczął w m. Urszuli swoje dzieło budzenia świętego niepokoju o to, czy w życiu jej i wspólnoty nie trzeba czegoś nowego i czegoś więcej, aby odpowiedzieć na znaki i wezwania zmieniających się czasów. Okoliczności pomogły w tym rozeznaniu.
W szkole urszulanek krakowskich uczyły się też dziewczęta z zaboru rosyjskiego. Wracając do domu, zabierały dyplomy, nieuznawane jednak przez rosyjskie władze, nie miały więc nadal żadnych uprawnień, np. do podjęcia pracy zawodowej. Dlatego w Matce zrodziła się myśl, aby przedostać się do Rosji i tam kontynuować pracę wychowawczą. Rewolucja 1905 r. zachwiała trochę caratem i przyniosła zmiany, które umożliwiły realizację także i tego małego projektu. Za zgodą władz zakonnych i kościelnych Matka wraz z drugą siostrą wyjechała do Petersburga w 1907 r. jako urszulanka klasztoru krakowskiego – oczywiście po świecku – i zdecydowała się na życie w ukryciu, bo życie zakonne było w Rosji zabronione. Na pewno nie myślała wtedy, żeby się odciąć od macierzystego klasztoru albo zrezygnować z życia zakonnego. Jechała na misje jako urszulanka. Powstał więc autonomiczny klasztor Urszulanek, który potem, po latach, po wielu doświadczeniach i tułaczkach (był to czas I wojny światowej) został przez Stolicę Apostolską przekształcony w czynne Zgromadzenie Urszulanek Najświętszego Serca Jezusa Konającego. Wyjazd do Rosji stał się etapem drogi, którą zaplanował dla m. Urszuli Pan Bóg, i z pewnością wówczas ona sama nie wiedziała, dokąd ją ta droga zaprowadzi. Po latach w „Historii Kongregacji” Matka napisze: „Bóg sam wszystko obmyślił, wszystko prowadził, wszystkim kierował. Ja w tej całej przemianie, przez którą pierwsze siostry przeszły, tj. Zakonu Urszulańskiego w Kongregację Sióstr Urszulanek Serca Jezusa Konającego, byłam tylko pionkiem na szachownicy, którym wyższa ręka kierowała, rządziła, przerzucając z miejsca na miejsce, z kraju do kraju, aż do spełnienia nie moich zamysłów – ja o tym nie myślałam nigdy – ale zamiarów Bożych”. Po prostu czas formacji „początkowej” w duchu urszulańskim kończył się. Musiała podjąć nowe zadania. Nie wystąpiła z klasztoru ani nie odeszła, uznając, że to już nie jej miejsce. Pozostała urszulanką wtedy i do końca życia, choć w inny sposób.

– Matka założycielka pochodziła ze znakomitej rodziny. Czy krewni św. Urszuli mieli swój udział w tworzeniu i rozwoju zgromadzenia sióstr urszulanek szarych?

– Matka urodziła się i wychowała w Austrii. Pochodziła z rodziny wielokulturowej, wielonarodowej i wielowyznaniowej. Jej rodzice byli ludźmi wierzącymi, silnie związanymi z Kościołem. Szczególnie matka, Józefina Salis-Zizers (Szwajcarka urodzona i wychowana w Austrii), dbała o wychowanie religijne dzieci; ojciec Antoni August Ledóchowski troszczył się może bardziej o ich wychowanie ogólne. To było wielkie bogactwo przekazywane dzieciom w rodzinie w sposób naturalny. Po prostu tym żyli i tym oddychali od dzieciństwa. A więc wielopłaszczyznowe dziedzictwo rodziny, mającej swój duży wkład w historię, kulturę i życie społeczne w wielu częściach Europy (Austria, Polska, Szwajcaria, Rosja, Morawy...), niewątpliwie miało swój udział w kształtowaniu osobowości dzieci w rodzinie Ledóchowskich. Widać to wyraźnie także i u m. Urszuli, w jej otwartości i gotowości do przyjęcia każdego, bez względu na narodowość, wyznanie, orientację polityczną, przy zachowaniu jednocześnie swojej tożsamości narodowej (można powiedzieć, że była Polką z wyboru) i patriotyzmie gorącym, ale otwartym, niewykluczającym innych. Tak też chciała widzieć swoją wspólnotę. Postacią oddziałującą na wyobraźnię i uczucia dzieci był też niewątpliwie arcybiskup poznański Mieczysław Ledóchowski (późniejszy kardynał i prefekt rzymskiej Kongregacji Rozkrzewiania Wiary) ze względu na prześladowania, jakich doznał w czasie Kulturkampfu. Historia jego życia umacniała w wierze i w miłości do prześladowanej i umęczonej Ojczyzny.

– Czy znajomość św. Urszuli z wieloma znakomitymi Polakami (m.in. z Henrykiem Sienkiewiczem) oraz jej działalność patriotyczna przyczyniły się do formacji idei zgromadzenia?

– Matka chyba nie znała osobiście Henryka Sienkiewicza. W latach I wojny światowej współpracowała z założonym m.in. przez niego w Szwajcarii Komitetem Generalnym Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce. Matka była w tym czasie w Skandynawii, w Sztokholmie, potem w Aalborgu w Danii. Współpraca Matki z Komitetem polegała na organizowaniu spotkań w różnych miejscach półwyspu skandynawskiego, aby szerzyć wiedzę o Polsce, o jej historii, wkładzie w kulturę europejską, o męczeńskich losach w ostatnich stuleciach. Starała się budzić w ten sposób zainteresowanie Polakami i współczucie oraz zdobywała środki materialne na pomoc ofiarom wojny. wszystko to czyniła w sposób kompetentny i inteligentny, w języku słuchaczy (nauczyła się szwedzkiego i duńskiego), z kobiecym żarem i uczuciem. Słuchało jej wielu ludzi znaczących w środowiskach skandynawskich i być może ta jej praca choć w maleńkim stopniu przyczyniła się do ich pozytywnej postawy wobec Polski wtedy, gdy po zakończeniu wojny dyskutowano nad wskrzeszeniem niepodległej Polski. W samym Sztokholmie jej „salon”, jak się wtedy mówiło, był miejscem spotkań ludzi różnych narodowości, ale też Polaków o różnych poglądach politycznych i religijnych. To wtedy jednemu ze swych gości na pytanie, jakiej ona sama jest orientacji politycznej, odpowiedziała: moją polityką jest miłość.
Czy te znajomości i działalność Matki miały wpływ na formację zgromadzenia? Nie wiem. Myślę, że to raczej Matka dawała tym ludziom, reprezentującym czasem skrajnie różne poglądy polityczne, przykład, że można się różnić, a jednocześnie szukać jedności w drodze do wspólnego celu i jednoczyć tam, gdzie jest to potrzebne.

– Jak Matka sądzi, czy tytuł zgromadzenia: Urszulanki Serca Jezusa Konającego miał uzasadnienie w pobożności św. Urszuli?

– Z materiałów archiwalnych odnalezionych przed laty w Watykanie wiemy, że pierwszy projekt konstytucji naszego zgromadzenia, złożony w Kongregacji Konsystorza w roku 1920, proponował, abyśmy były urszulankami od ubogich. Matka pragnęła więc już w nazwie wyeksponować jeden z najważniejszych elementów naszego charyzmatu, tj. służbę ubogim – pójście na peryferie, jak się dziś chętnie mówi. Niewątpliwie wypływało to z duchowości Matki, z jej wrażliwości religijnej i społecznej. Kongregacja nadała nam tytuł „od Najświętszego Serca Jezusa Konającego”. Matka, zawiadamiając siostry o tej propozycji watykańskiej kongregacji, pisała z Rzymu do sióstr w kwietniu 1920 r.: „Pewnie nie będziemy «Urszulankami biednych», ale «Urszulankami Serca Jezusowego» – to jeszcze piękniej. (...) modlę się ustawicznie za Was, razem z Wami udaję się na modlitwę. Wszystkie zabieram z sobą i proszę o jedną łaskę, w której wszystko jest zawarte, byśmy coraz więcej i więcej kochały Boskie Serce Jezusa”. Kult Serca Jezusowego w tamtych czasach był bardzo żywy w Kościele. Matka w swych listach i pismach kierowanych do sióstr od razu podjęła tę tajemnicę jako najwyższy wyraz miłości zbawczej Jezusa Chrystusa i potrzebę jej odbicia w konkretnym życiu i pracy sióstr, aby szerzyć królestwo Bożego Serca na ziemi. W żaden sposób nie kłóciło się to z pragnieniem, by siostry pracowały przede wszystkim na rzecz ubogich, więcej – dawało temu pragnieniu solidne podstawy teologiczne i biblijne.

– Jak wasza święta założycielka jest postrzegana przez siostry dzisiaj?

– Odpowiedź wydaje się prosta: jako matka, kierownik duchowy, mistrzyni, przełożona... Zawsze potrzebna Kościołowi i światu. Jan Paweł II w czasie wizyty w Domu Generalnym naszego zgromadzenia w Rzymie w 1986 r. powiedział do sióstr: „Pragnę życzyć wam, abyście niosły światu ten szczególny charyzmat waszego powołania, charyzmat waszej Założycielki, waszej wspólnoty zakonnej, waszej rodziny. Ten charyzmat: od Serca Jezusa Konającego jest tak bardzo głęboki, a jednocześnie tak bardzo ludzki, tak bardzo nowoczesny, tak bardzo ewangeliczny, prosty, tak bardzo otwarty na najróżniejsze sytuacje. Wiemy dobrze, dokąd poszła matka Urszula w Polsce w okresie międzywojennym, gdzie otwierała domy i domki, aby służyć Kościołowi, aby służyć ludziom. Ten charyzmat tak bardzo apostolski...”. To jest cały program na dziś dla każdej z nas. Pragniemy pozostać mu wierne. Sądzę, że dla każdej urszulanki nasza święta Matka pozostaje matką i przewodniczką w drodze, choć zdajemy sobie sprawę, jak często nie dorastamy do tych szczytów duchowych i apostolskich, które ona nam wskazała. Stawiamy sobie pytanie, czy ona – i w jakim stopniu – rozpoznaje w nas swoje córki duchowe i spadkobierczynie tego charyzmatu i tradycji. Trwający ponad 50 lat proces kanonizacyjny pomógł nam w zebraniu i przygotowaniu do publikacji spuścizny pisanej naszej Założycielki i świadectw o niej samej. Wydaje mi się, że choć osób bezpośrednio znających naszą świętą Matkę już prawie nie ma, mamy dużo źródeł i pomocy, aby ją coraz lepiej poznawać, i sądzę, że siostry o to się starają.

– Charyzmat Waszego zgromadzenia – wychowanie dzieci i młodzieży, służba potrzebującym i ewangelizacja świata – był przedmiotem wielkiej troski Waszej założycielki. jak się on wypełnia dziś?

– W zasadniczych zarysach kontynuujemy, w miarę możliwości, to, czym żyło nasze zgromadzenie w czasach Matki Założycielki. Oczywiście, w czasach jednak się zmieniających. Staramy się dostosować nasz charyzmat do potrzeb miejsca i wyzwań współczesności. Trzeba pamiętać, że zgromadzenie w momencie śmierci założycielki było obecne w Polsce (większość) oraz w niewielkich wspólnotach we Włoszech i we Francji. Dziś jesteśmy w 14 krajach: w Polsce, we Włoszech, Francji, w Finlandii, Niemczech, na Białorusi, Ukrainie, w Rosji, Kanadzie, Argentynie, Brazylii, Boliwii, w Tanzanii i na Filipinach. Już to pokazuje, w jak zróżnicowanych miejscach wspólnoty sióstr pracują i starają się wypełniać charyzmat zgromadzenia. Wszędzie tam, gdzie jesteśmy, staramy się pracować w duchu naszej świętej założycielki i żyć tak, by była ona duchowo, poprzez nasze wspólnoty, obecna...

– Siostry urszulanki wpisały się mocno w życie Kościoła katolickiego w Polsce. Jakie szczególne dzieła i ośrodki stanowią powód do dumy dla Waszego zgromadzenia?

– Na pierwszym miejscu postawiłabym zaangażowanie zgromadzenia w nauczanie i wychowanie dzieci i młodzieży, poprzez pracę katechetyczną, przygotowanie do sakramentów, prowadzenie Eucharystycznego Ruchu Młodych i innych grup duszpasterskich, a także prowadzenie trzech szkół i kilkunastu przedszkoli, które poza tym, że wychowują, umożliwiają objęcie troską duchową, a czasem i materialną, całych rodzin. Od wielu lat w domu macierzystym w Pniewach siostry organizują kilkudniowe formacyjne spotkania młodzieży urszulańskiej pod nazwą Forum Młodzieży i spotkania grupy teatralnej SEDNO. Na te spotkania przyjeżdżają młodzi, którzy w ciągu roku mają stały kontakt z naszymi siostrami. Ważnym miejscem troski duchowej zwłaszcza o dziewczęta i o ich przygotowanie do życia w rodzinie i w społeczeństwie są prowadzone przez nas domy dla studentek i internaty. Ponadto nasze siostry koordynują pracę administracyjną i duszpasterską w domach akademickich KUL – obejmują opieką setki studentek i studentów. Nie mniej ważnym miejscem troski o dzieci i młodzież są prowadzone domy dziecka i świetlice oraz Dom Pomocy Społecznej dla Dzieci w Sieradzu, w których może najtrudniej zobaczyć owoce, ale dzieci z tych placówek, jako najuboższe, mają szczególne miejsce w naszych sercach. Dużą radością jest dla nas także prowadzony przez nas Dom Samotnej Matki w Tarnowie – placówka diecezjalna, ale objęta opieką przez nasze siostry.
Pytał Ksiądz o powód do dumy dla zgromadzenia. Cieszymy się wszystkimi dziełami i pracami, które służą ludziom z naszych środowisk, ale naszym najnowszym projektem jest ten podjęty z bezdomnymi i ubogimi, którzy korzystają z naszej jadłodajni w Poznaniu. Już wcześniej organizowałyśmy dla nich pielgrzymki, dni skupienia, nabożeństwa, a z okazji Bożego Narodzenia 2014 r. nasi podopieczni pod kierownictwem i z pomocą sióstr przygotowali misterium pt. „Uliczne Betlejem”, które było mocnym, wzruszającym przeżyciem dla oglądających, ale przede wszystkim dla nich samych.

2015-04-14 12:43

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Stulecie kanonizacji Joanny d’Arc: święta dla Kościoła i państwa

[ TEMATY ]

kanonizacja

święta

Joanna d'Arc

Musei Vaticani

W najbliższą sobotę przypada stulecie kanonizacji św. Joanny d’Arc. Dziewica Orleańska od samego początku była uważana za świętą. Jednak na oficjalne wyniesienie na ołtarze musiała czekać niemal 500 lat. Jej beatyfikacja odbyła się dopiero w 1909 r., a kanonizacja 11 lat później.

Jednym z pierwszych „cudów” Joanny d’Arc po kaznonizacji było ponowne zbliżenie Francji do Kościoła po radykalnej separacji z 1905 r. Już podczas I wojny światowej była ona patronką francuskich żołnierzy. To do niej modlili się w okopach. Jak mówi prof. Jean Garrigues z uniwersytetu orleańskiego, było to możliwe dzięki asymilacji Joanny d’Arc przez ruchy republikańskie.

Joanna d'Arc bohaterem religijnym i świeckim

„Postać Joanny d’Arc wykracza poza strefę czysto religijną. We Francji już w XIX w. historycy i intelektualiści republikańscy przyswoili sobie historię i legendę Joanny d’Arc, uznając ją za element dziedzictwa narodowego – powiedział Radiu Watykańskiemu prof. Jean Garrigues. – Była dla nich po prostu bohaterem narodowym. Dołączyli ją do grona wielkich bohaterów Francji. To republikańskie przyswojenie sobie Joanny d’Arc sprawia, że jest ona dzisiaj zarówno bohaterem religijnym, jak i świeckim.“

Pomimo radykalnego rozdziału Kościoła i państwa, w dorocznych uroczystościach upamiętniających męczeńską śmierć św. Joanny d’Arc uczestniczą najwyżsi przedstawiciele państwa. Tradycję tę zapoczątkował po II wojnie światowej generał Charles de Gaulle. Przez wiele lat byli jej wierni wszyscy, nawet najbardziej laiccy prezydenci Francji. Ostatnio, począwszy od Nicolasa Sarkozy’ego prezydenci nie uczestniczą już w uroczystościach Dziewicy Orleańskiej. Prawdopodobnie jest to związane z tym, że jest ona dziś postrzegana jako patronka Frontu Narodowego. Emmanuel Macron uczestniczył w uroczystościach św. Joanny d’Arc jako minister gospodarki.

CZYTAJ DALEJ

W Kościele przede wszystkim chodzi o Jezusa

2020-06-24 09:56

Niedziela Ogólnopolska 26/2020, str. 22-23

[ TEMATY ]

wywiad

Kościół

kapłani

Archiwum prywatne

W rozmowie z Niedzielą ks. Rafał Główczyński, salwatorianin dzieli się komentarzem do swojego utworu „Zabawa w chowanego – odpowiedź księdza”, w którym w bardzo osobisty sposób ustosunkowuje się do trudnych spraw w Kościele. Nie ucieka od prawdy, również tej bolesnej, ale prosi, aby poszukiwać jej w pełni – m.in. przez zauważanie w Kościele także dobra.

Damian Krawczykowski: W utworze Księdza autorstwa słychać wielki ból z powodu tego, że tak straszne czyny jak pedofilia mogły się dziać w Kościele. W jaki sposób świecki katolik ma tego Kościoła nie przestać kochać?

Ks. Rafał Główczyński, salwatorianin: Świeżo po obejrzeniu filmów braci Sekielskich jest to na pewno bardzo trudne. Pomóc może chyba tylko przypominanie sobie, że w Kościele chodzi przede wszystkim o Jezusa, że to On jest w centrum, że to do Niego się modlimy, że dla Niego przychodzimy do kościoła, a księża to tylko ludzie. Większość kapłanów stara się służyć Bogu, ale niektórzy, niestety, zrobili straszne rzeczy.

Wspomina Ksiądz w utworze o wielkim bólu i krzywdzie ofiar pedofilii w Kościele. Powstaje z ramienia Episkopatu – i nie tylko – coraz więcej inicjatyw, które mają na celu pomoc skrzywdzonym. Co jeszcze jako Kościół możemy dla nich zrobić?

Myślę, że bardzo ważne jest słuchanie. Należy pytać świeckich, co – ich zdaniem – powinniśmy jeszcze zrobić, potem pokazać, że rzeczywiście staramy się to wszystko czynić, a następnie cierpliwie czekać, aż ci, którzy zostali przez niektórych kapłanów skrzywdzeni lub zgorszeni, wybaczą Kościołowi i znów zaczną widzieć w nim Boga, a w księżach – wysłanników Jezusa.

„Jeżeli tego słuchasz, to przyjmij moją prośbę o zrozumienie./ Pewni księża upadli, ale nie myśl tak o każdym, bo to nieporozumienie” – rapuje Ksiądz w odpowiedzi na film Sekielskich. Ostatnie wielkie produkcje filmowe zupełnie pomijają tę dobrą twarz Kościoła. Czy mówienie jedynie o złu jest fair?

Osobiście nie obwiniałbym tych, którzy teraz krytykują Kościół. Ludzie mówią dziś to, czego przez lata nie wolno im było powiedzieć. Uważam, że teraz jest czas pokuty za zaniedbania z przeszłości i że trzeba się z nich rozliczyć, a dopiero potem ludzie sami zaczną skupiać się na tym, co dobre.

„Boże, proszę, spraw, aby ludzie w Kościele zobaczyli Ciebie,/ że tam są Twoje sakramenty, które mają pomóc być w niebie”. Gdy mówimy o Kościele, często zapominamy o najważniejszym: Kościół jest Chrystusowy.

Tak. Cały czas trzeba pamiętać o tym, że to Jezus założył Kościół, że On w nim jest i wszystko razem z nami przeżywa. Kiedy dzieją się dobre rzeczy w Kościele, Jezus cieszy się razem z nami, a kiedy dzieje się zło – cierpi i walczy różnymi sposobami, żeby to zmienić.

„Proszę cię, uwierz, że wśród duchownych są twoi przyjaciele./ Ludzie, którzy chcą ci pokazać Boga i zrobić dla ciebie wiele”. Jacy są duchowni, których Ksiądz zna?

Znam wielu wspaniałych księży. Sam zostałem kapłanem, bo spotkałem takich, którzy byli autentyczni. Ksiądz Maciej Szeszko, salwatorianin, dyrektor Ruchu Młodzieży Salwatoriańskiej, na co dzień bardzo oddany pracy z młodzieżą, organizator Forum Młodych – został wolontariuszem w DPS w Lublińcu, ponieważ tamtejsza kadra była objęta kwarantanną. Podobnie ks. Paweł Radziejewski oraz ks. Wojtek Czarnota, salwatorianie – usłyszeli, że trzeba pomóc chorym, i ruszyli do pomocy. Niesamowitym kapłanem był też dla mnie śp. ks. Mieczysław Tylutki, salwatorianin. Trafił na parafię, gdzie przez lata były trudności z budową kościoła i nikt już nie wierzył, że on powstanie. Ksiądz przyszedł, zaczął się modlić o zbudowanie świątyni, sam zaczął pracować na budowie, zawsze był blisko ludzi – i się udało. Trzy lata temu zachorował na raka i, niestety, przegrał walkę z chorobą. Na jego pogrzebie były rzesze, a ludzie mówili, że odszedł święty człowiek. Takich przykładów mógłbym podać jeszcze wiele...

Ks. Rafał Główczyński, salwatorianin – autor bloga „Ksiądz z osiedla”
mówi o sobie: „Wychowałem się na warszawskim osiedlu i chciałbym pomóc młodym ludziom odnaleźć się w problemach, o których wiem z własnego doświadczenia. Nie chcę mówić, ale rozmawiać, być i pokazywać nowe perspektywy”.

CZYTAJ DALEJ

130 lat temu na Wawelu uroczyście pochowano Adama Mickiewicza

2020-07-04 07:36

[ TEMATY ]

historia

Adam Mickiewicz

Walenty Wańkowicz, „Portret Adama Mickiewicza na Judahu skale”, 1827-28

4 lipca 1890 r. w Krakowie odbył się drugi pogrzeb Adama Mickiewicza - nazywany „narodowym”. Było to „uroczyste zwłok przeniesienie i podniesienie podobne temu, jakie obchodzi Kościół Boży, kiedy relikwie świętych z jednego miejsca na drugie przenosi” - ocenił świadek wydarzeń Karol Suchodolski.

<
p>Adam Mickiewicz zmarł w Stambule 26 listopada 1855 r. Pochowano go 21 stycznia 1856 r. na tzw. polskim cmentarzu w Montmorency we Francji.

W XIX w. Kraków, miasto koronacyjne i królewska nekropolia, stał się ogólnopolskim centrum życia narodowego i kulturalnego, co w 1869 r. tak opisał Michał Bałucki: „opatrzność i poeci skazali Kraków na miasto grobów, na urnę pamiątek i popiołów”. A Stanisław Estreicher nazywał Kraków „matecznikiem Polski, do którego przybywają na starość wielkie lwy, orły i niedźwiedzie (choć czasem i lamparty), by tu złożyć swe kości” (1932).

Aby krzewić idee patriotyczne, Kraków zaczął organizować narodowo-religijne spektakle. „Ustalił się pewnego rodzaju archeologiczny patriotyzm, polegający na uroczystym obchodzeniu rocznic narodowych i celebrowaniu pogrzebów zasłużonych Polaków” - napisała Bernadetta Wilk („Sławne pogrzeby w XIX-wiecznym Krakowie”, 2006).

Zamiar sprowadzenia prochów Mickiewicza do kraju dojrzewał przez dziesiątki lat. W 1869 r. po pogrzebie Kazimierza Wielkiego, autor, ukryty pod pseudonimem „Litwin”, wydrukował w krakowskiej gazecie „Kraj” artykuł pt. „Zanieśmy Mickiewicza na Wawel”. Odpowiedni wniosek złożył wtedy na posiedzeniu Rady Miasta prezydent dr Józef Dietl, jednak sprawę odłożono na później. Nie zapomniano jednak o Mickiewiczu w Krakowie - w rocznicę śmierci poety organizowano uroczyste wieczorki ku jego czci. Dochody z nich przeznaczano na budowę pomnika; założono też oprocentowane książeczki oszczędnościowe gromadzące środki na sarkofag oraz sprowadzenie zwłok poety do kraju.

Wniosek o pogrzebanie prochów Mickiewicza ponowił w 1883 r. dr Mieczysław Bochenek, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego. Tym razem zawiązał się komitet organizacyjny, zgromadzono ok. 7 tys. zł. reńskich i uzyskano zgodę Kościoła na złożenie szczątków Mickiewicza w krypcie wawelskiej katedry. Urzędowe pozwolenie na sprowadzenie zwłok nadeszło z Wiednia dopiero 20 czerwca 1890 r. Już trzy dni później ruszyła z Krakowa do Paryża delegacja, 27 i 28 czerwca odbyła się w Montmorency ekshumacja, której świadkiem był m.in. Adam Asnyk.

„Cynkowa trumna wieszcza, po odgarnięciu z niej warstwy ziemi i prochu (…) okazała się pękniętą u góry przez całą długość, a przegryzioną rdzą i podziurawioną w podstawie” – czytamy w relacji naocznego świadka. Podczas przekładania zwłok do nowej ołowianej trumny stwierdzono, że zabalsamowane ciało spoczywało na przegniłym posłaniu z morskich traw. „Niestety zabalsamowanie to okazało się bezskutecznem i nic nie pozostało z wielbionych przez nas rysów”.

W starej trumnie znaleziono jeszcze metalowego Chrystusa, który prawdopodobnie był częścią rozsypanego w proch krzyżyka, monetę i biały, porcelanowy guziczek od koszuli. Te pamiątki zabrał Władysław Mickiewicz. Cynkową trumnę Mickiewicza grabarze paryscy pocięli na kawałeczki i „w kilka dni po ekshumacji za pół franka można było nabyć taką pamiątkę” – napisał Stanisław Rosiek („Mickiewicz po śmierci. Studia i szkice nekrograficzne”, 2013).

Podczas uroczystości w Zurychu – na trasie przewozu zwłok - „wygłoszono nad zwłokami dziewięć mów, w tej liczbie jednę po francusku, jednę po niemiecku, jednę po włosku, jednę po rosyjsku, a nawet jednę po bułgarsku” – odnotowała „Książka pamiątkowa z 22 ilustracyami”. W Wiedniu natomiast obyło się bez uroczystości. „Pod nieobecność rodziny i członków delegacyi, bez świadków” przełożono trumnę wieszcza z pociągu francuskiego do austriackiego. Zarząd kolejowy (Nordbahn) sprzeciwił się składaniu wieńców u trumny „pod pozorem, że zbyteczne przepełnienie wagonu mogłoby spowodować w drodze pożar”.

W Wadowicach powstał Ludowy Komitet przy Towarzystwie Ochrony Ziemi, który 19 maja 1890 r. wydał ogólnopolską odezwę, zachęcając do nadsyłania wieńców i materiałów na wieńce - na swój adres, zwłaszcza z miejscowości, nie mogących przysłać delegacji na pogrzeb wieszcza. „Miał bowiem naród wielu i wielkich królów i książąt, miał wiele i najszlachetniejszych królowych, miał wielkich biskupów i kapłanów, nieustraszonych wodzów i bohaterów, miał Kazimierzów Wielkich, królewny Jadwigi, Sobieskich, Kościuszków, Kilińskich i Bartoszów, ale przez całe wieki, przez długi tysiąc lat miał tylko jednego Adama Mickiewicza” - uzasadniono.

Do Wadowic zaczęły spływać przesyłki pocztowe z kłosami, liśćmi i szarfami, z wierszami i dedykacjami, a także wieńce ze wszystkich ziem polskich – z Litwy i Królestwa Polskiego, z Wielkopolski, Prus i Górnego Śląska, z Galicji i Śląska Austriackiego. Franciszek Zalański, sekretarz Komitetu, sporządził spis ponad 4 tys. przesyłek.

30 czerwca 1890 r. w wadowickiej szkole ludowej ruszyła produkcja - setki mieszkańców miasta i okolicznych wsi splatały wieńce, mocowały szarfy, tworzyły napisy. 2 lipca wieczorem, tłumy obejrzały na wadowickim rynku prezentację 44 wieńców: każdy zaopatrzony w jedną wielką literę. 43 litery tworzyły napis: „Adamowi Mickiewiczowi lud wszystkich ziem Polski”. „Głoski napisu wite były z mieszanego-materyału całej Polski, tylko pierwsza +A+ z samych kłosów i borów litewskich oraz z gałązek modrzewia, sadzonego przez króla Sobieskiego, pierwsze +I+ uwite było z traw od Gopła i Kruszwicy, głoska +U+ (utrapienie) z samych kłosów z Królestwa Polskiego, pierwsze +S+ z kłosów pruskiego i austryackiego Szląska, a drugie +S+ z bardzo pięknych traw Białowiejskiej Puszczy, wreszcie jedno +W+ z kłosów i zieleni z Wielkopolski” – napisał Zalański.

44 element stanowił „srebrzysty sierp oświecony gwiazdą postępu” czyli godło wadowickiego Towarzystwa Ochrony Ziemi przymocowane do wieńca splecionego z kłosów całej Polski, i zaopatrzonego w trójkolorową szarfę „o barwach polskich, małoruskich i krajowych, z napisem (…) +Tyś Jozue narodu, prowadź nas do szczęśliwszej przyszłości!+” - opisał sekretarz.

By wysłać wieńce do Krakowa, na stację kolejową w Wadowicach wyruszył kilkutysięczny pochód „wśród okrzyków i nietłumionej radości, że tak wspaniałe dzieło doszło szczęśliwie do skutku” - podsumował Zalański.

3 lipca wieczorem do Krakowa dotarła trumna ze szczątkami Mickiewicza. Złożono ją na przechowanie w składzie zbożowym przy ul. Warszawskiej 21. W piątek, 4 lipca 1890 r., była piękna pogoda. Kraków miał wygląd odświętny, wzdłuż trasy pochodu zawieszono na słupach biało-czerwone chorągiewki i flagi. Słupy zostały połączone girlandami z zieleni. Ustawiono też ozdobne pylony, na których podczas pochodu płonęło purpurowe światło. „W ulicy Sławkowskiej olbrzymie chorągwie zwieszały się gęsto ze wszystkich domów, tak, że sięgały poniżej trumny, jakby ścieląc się pod nią” - opisywano. W Rynku Głównym, naprzeciw wylotu ul. Siennej wzniesiono obelisk, ozdobiony lirą i medalionem z podobizną Wieszcza.

Trumnę ustawiono na karawanie, zaprzęgniętym w sześć karych koni - miał kształt ściętej piramidy, obity był purpurową materią, ozdobiony obrazami Matki Boskiej Ostrobramskiej i Częstochowskiej. „Na szczycie dla trumny urządzono posłanie z kwiatów polnych, rodzimych, które tak pięknie opiewał wieszcz nasz w poezyach swoich: kąkol, bławaty i rumianek przeplatane śnieżystemi pękami lilii” - odnotowali kronikarze wydarzeń. Nad trumną zawieszono baldachim z purpurowego pluszu, ozdobionego ręcznie malowanymi kwiatami oraz napisem: „O grób dla kości naszych w ziemi naszej prosimy Cię Panie”.

Po przemówieniach Władysława Mickiewicza i hr. Jana Tarnowskiego, w takt dzwonów bijących w kościele św. Floriana – rozpoczął się przemarsz pogrzebowego orszaku. Trasa wiodła z ul. Szlak przez ul. Warszawską, Basztową i Sławkowską do Rynku Głównego. Na czele kroczyła orkiestra lwowskiej „Harmonii”, za nią - zastępy ochotniczych strażaków z Galicji „w błyszczących kaskach i w różnobarwnych mundurach”.

Następnie szła deputacja z 44 wieńcami uwitymi w Wadowicach – a za nimi kilkaset delegacji z trzech zaborów i spoza granic. Na pogrzeb przyjechali mieszkańcy Królestwa Polskiego, Litwy, Ukrainy, Wołynia, Podola, Poznańskiego, Śląska, Warmii oraz Polacy z emigracji. Delegatów przysłali także Ukraińcy, Czesi, Serbowie i Bułgarzy.

„W ogromnym orszaku mieniły się tysiączne wspaniałe barwy: świt włościańskich, krakowskich, ruskich, góralskich, huculskich. Obok świt włościańskich i sukman zmieszane razem z nimi i wśród nich stroje narodowe szlachty, charakterystyczne kapoty mieszczan. Ponad tym strzelają czaple kity, mienią się brylantowe ich zapinki, błyszczą kaski strażaków. Na czele duchowieństwa w imponującej liczbie przeszło 500 kapłanów, profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego i Lwowskiego w togach i z insygniami, posłowie sejmowi. Słowem, kiedy się powiodło okiem po tych tysiącach widziało się jasno i dobitnie, że cały naród, wszystkie jego stany, stawiły się na uroczystą chwilę” - napisał świadek tamtych chwil. Pochód zamykały delegacje Uniwersytetu Lwowskiego i Uniwersytetu Jagiellońskiego. Za nimi, tuż przed karawanem - szedł jedynie arcybiskup.

Przemarsz trwał blisko godzinę. Gdy czoło pochodu było u Kościoła Mariackiego, trumna dopiero ruszyła z miejsca. Za karawanem kroczyła rodzina poety, Wydział Krajowy oraz posłowie do rady państwa i sejmu. Orszak zamykały straże pożarne.

Rodzina Juliusza Kaden-Bandrowskiego mieszkała wtedy przy Rynku. „Ludzi na Rynek wysypało się bez końca — a jeszcze ilu do nas na obiad zaproszonych? Ludzi, ludzi, ludzi. Chodzą, stoją, wiszą na latarniach, siedzą na wszystkich słupach. (…) Jadą banderie krakusów, chłopi z kosami, różne cechy, różni zakonnicy. Idą szlachcice w kontuszach” – czytamy „W cieniu zapomnianej olszyny” (1928).

Także w salonie Kaden-Bandrowskich stały kosze i beczka z kwiatami. Matka chwyciła synka oburącz za ramiona i odwróciła ku oknu, aby zapamiętał podniosłą chwilę. „Pochód sunął w najlepsze, u brzegu naszego domu, pośród tłumu zobaczyłem górę drżących kwiatów. Rzucali je wszyscy ze wszystkich stron, ojciec ze swego okna wysypywał koszyki jeden za drugim. Nie wiem, czy tę górę kwiatów wlokło sześć koni, czy też ją ludzie dźwigali? Pamiętam, z całego widoku, że szpaler strażaków raz za razem przerywał się i pękał. Wtedy tłum opływał zewsząd ten kwiecisty pagórek”.

Matka pisarza, spłakana ze wzruszenia, zanurzyła ręce w beczułce z kwiatami. „I rzuciła gałązki w powietrze. Nie w dół na chodnik, ale przed siebie w powietrze, jakby na ślepo — nikomu. Przechylona daleko za okno, zawołała wreszcie: +Mickiewicz! Mickiewicz! Mickiewicz!+. Ani jednego słowa więcej. Odebrało jej głos. Same łzy” – zakończył Kaden.

Przed kościołem Mariackim prochy wieszcza powitał pieśniami Moniuszki ponad 200-osobowy chór z połączonych towarzystw śpiewaczych, a na czele konduktu arcybiskupa Issakowicza zastąpił arcybiskup lwowski Seweryn Tytus Morawski. Na ul. Bernardyńskiej trumnę przeniesiono na mary, które poniosła do katedry wawelskiej młodzież akademicka. Ledwo zdjęto trumnę, „publiczność rozebrała na pamiątkę obicie karawanu i wszystkie kwiaty”.

W południe trumna dotarła pod katedrę. W tej chwili z zachmurzonego na moment nieba ozwały się grzmoty – a jednocześnie zaczął bić Zygmunt. Pierwszy przemawiał poeta Adam Asnyk. Opowiedział jak „po utracie naszej niepodległości, gdy zabrakło nam dawnych królów i hetmanów (…) opatrzność zesłała nowego wodza. Wódz ten podniósł padający sztandar pokonanego narodu (…) i rozwinął w błękitach na takich wyżynach, na jakich go już dosięgnąć nie mogły żadne nieprzyjazne moce”.

Wrażenie spotęgowała sama natura. Gdy Asnyk mówił o cierpieniach przeszłości – niebo „zawrzało gromem, jednym i drugim, jak gdyby głosem tym chciało potwierdzić prawdę słów mówcy (…) Gdy mówca z kolei przyszedł na nadzieje nasze i zapowiadał ich spełnienie, niebo przed chwilą grożące burzą i deszczem, rozjaśniło się zupełnie i piękna pogoda powróciła” - odnotowali świadkowie.

Ostatnie słowo należało do prof. dr. Stanisława hr. Tarnowskiego. „Jak zaś w modlitwie przy konających Kościół wzywa Świętych różnych, żeby duszę chrześcijańską u wrót Raju powitali, tak nam godzi się powiedzieć: +Niech Cię tu przyjmie i powita duch Łokietka, jedności Państwa odnowiciela, Ciebie, coś jedność ducha utwierdził; — duch Kaźmierza, co urządzał i oświecał, Ciebie, coś jaśniał niewidzianą przedtem u nas światłością, i smugę jej po sobie zostawił. Niech Cię — Litwina — przyjmie pierwszy nasz Litwin Jagiełło, i jego Jadwiga: Ciebie, coś jest znakiem, dowodem, stwierdzeniem i utwierdzeniem świętego Litwy z Koroną małżeństwa” – powiedział.

Gdy trumnę wniesiono do katedry, przed ołtarzem klęczał już kardynał Albin Dunajewski. Pośrodku nawy głównej wybudowano 3-metrowy podest, na który wiodły od bramy kościoła szerokie schody o kilkunastu stopniach - całość obita była ciemno-wiśniowym pluszem. Właściwy katafalk, wzniesiony na postumencie, miał ok. 2 m wysokości. Wykonali go architekt Teodor Talowski i artysta malarz Piotr Stachiewicz. Także był obity bordowym pluszem, okolony wieńcem kwiatów i makatą ze złotymi ornamentami.

Na frontowej części katafalku jaśniał złocisty wieniec. A ponad nim górowały dwa olbrzymie sztandary, pomiędzy którymi wisiał dwustronny obraz. Od strony bramy oglądało się Matkę Boską Ostrobramską, a od strony kaplicy św. Stanisława, Matkę Boską Częstochowską.

„Katafalk ten zbudowany w imponujących oryginalnością i wielkością rozmiarach, miał kształty monumentalne, przeważnie spiż imitujące; robił wrażenie, jakby był stałą od wieków ozdobą katedry; była to tymczasem budowa wykonana w ciągu jednego tygodnia” - relacjonował „Czas”.

Około godz. 15 trumnę złożono w krypcie. „Stanęli wszyscy oddać hołd temu co ukochał naród cały, cierpiał za miliony i wieszczył im świetlaną przyszłość” – napisał Kazimierz Bartoszewicz w broszurze „Mickiewicz na Wawelu. Album pamiątkowe złożenia zwłok wieszcza w krypcie katedralnej” (1890).

Nie był to zwykły pogrzeb, ale „uroczyste zwłok przeniesienie i podniesienie podobne temu, jakie obchodzi Kościół Boży, kiedy relikwie świętych z jednego miejsca na drugie przenosi” – ocenił Karol Suchodolski w „Pamiątce podniesienia relikwii Adama Mickiewicza z dodatkiem najpiękniejszych wyjątków z jego Ksiąg narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego” (1890).

Pamiątki z krakowskiego pogrzebu Adama Mickiewicza znajdują się obecnie w magazynie Muzeum Narodowego w Krakowie „w dobrym stanie zachowania, pod stałą opieką konserwatorską i udostępniane są zainteresowanym podczas kwerend” - poinformowała PAP kustosz Monika Paś. „Aktualnie w stałej ekspozycji, w Galerii Rzemiosła Artystycznego w Gmachu Głównym w gablocie z pamiątkami po Adamie Mickiewiczu, znajduje się jeden wieniec srebrny z napisem dedykacyjnym: +Szkoły żeńskie krakowskie 4/VII 1890 Adamowi Mickiewiczowi+” - dodała.

Iwona L. Konieczna (PAP)

ilk/ pat/ aszw/

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję